sobota, 31 grudnia 2016

Do zobaczenia za rok!

Hey, hay, hello! Grudzień, miesiąc pełen radości, pierwszego śniegu (przeważnie), przerwy świątecznej i rzecz jasna świąt! Już za 11 godzin żegnamy wypalony 2016 i witamy nowe natchnienie-2017! To zasługuje na uwiecznienie w naszych kronikach i podsumowanie waszego zapału:

Rutynowo podaję statystyki: 1 konkurs (niewypał), 2 questy, 4 postacie odeszłe (Embry, Mikaela, Kaja, Yuki), 1 zeszła (Minerwa) i czterech nowych członków (Ember, Reyna, Samael, Hiro). Ci, którzy wczytują się w opowiadania, wiedzą zapewne o skandalu (chyba absurdzieXD) między Ember i Heavenem oraz rozprzestrzenianiu się mutantów z zachodu doliny. Pod koniec miesiąca podbudowanie reputacji SBK zawdzięczam paru członkom, którzy ruszyli się z krzesła i napikali w klawisze tych opowiadań. Czuję się ignorowana przez większość członków SBK, wiecie? Zapowiada się niezła zabawa z wydaleniami Błagam o zaległe formularze, a także o formularze postaci, które mamy przyjemność powitać w gronie dorosłych-Kiry, Kylo, Ryana, Alexis i Roxan. Mam nadzieję, że zainteresujecie się nowym konkursem. Mianowicie, waszym celem jest napisać ewentualnie pod tym postem komentarz zapewniający o waszym uczestnictwie i napisanie specjalnego opowiadania dotyczącego zabaw i przygód związanych z obecną porą roku, zimą. Ma ono zawierać przynajmniej 650 słów i, rzecz jasna, dobrą jakość. Czas na wysyłanie skończonych opek do mnie startuje, za zatrzyma się w momencie, gdy wybije godz. 00.01 dnia 16 stycznia. W życie wejdzie też opóźniona wyprawa, mniej więcej między 1 a 4 stycznia. Chyba nie mam wam już nic więcej do powiedzenia, bo bez sensu byłoby się na was wyżywać. To że milczę, nie znaczy, że nie mam nic do powiedzenia Poza tym życzę wam, byście wcisnęli się w sylwestrową kreację, upili do nieprzytomności (XD), rozświetlili niebo tysiącem iskier (nie przy koniach) i bawili się szampańsko! Do zobaczenia za rok!

~Alfa Heaven, Blood, Emerytowana Alfa Layla i Emerytowana Alfa Ice

Od Blood'a CD Delacroix

Warknąłem głucho i postąpiłem kilka kroków w stronę wadery. Samice-pomyślałem przewrotnie.
- Spadaj stąd-mruknąłem do niej groźnie. Zdecydowanym ruchem zacisnąłem kły na zdobyczy i z łatwością przeciągnąłem ją na swoją stronę. Przez chwilę wadera milczała zszokowana, ale w końcu odezwała się z pretensją:
- Ej, to moje!-szarpnęła za nogę sarny, uniemożliwiając mi rozpoczęcie posiłku. Nie będzie mi jakaś gówniara truć-zdecydowałem i warcząc powaliłem ją na ziemię. Od razu próbowała wstać, ale znacznie przewyższałem ją siłą uścisku.
- Zejdź mi z drogi-prychnąłem. Odwróciłem się na pięcie, przy okazji obsypując ją kaskadą białego puchu, i zająłem się odciąganiem zdobyczy w miejsce, gdzie w świętym spokoju będę mógł się posilić.
<Delacroix?>

Od Heavena CD Ember

Stanąłem naprzeciwko brązowo-czarnej wadery. A już miałem nadzieję, że nie będę miał więcej kłopotów. Po części Ember miała rację, ale...Czemu wysnuwać takie negatywne wnioski już na początku?-zignorowałem resztę myśli, które natarczywie próbowały rozmrozić moją lodową ścianę.
- Dobra, o to się nie martw.-odparłem pewnie.-No proszę cię-powiedziałem teatralnie błagalnym tonem. Wilczyca westchnęła, tym samym poddając się.-Idziemy dalej?-spytałem cicho.
- Tak-moja przyjaciółka ożywiła się i raźnym truchtem ruszyliśmy do przodu. Może pokazać jej święte ruiny?-pomyślałem przelotnie i zacząłem kierować się w tamtą stronę. Właściwie, mnie też to udawanie zaczęło męczyć, ale wolałem nie wracać do wieczora, by wszystko wyglądało jak najbardziej wiarygodnie. Po półtorej godzinie włóczenia się w ciszy dotarliśmy na miejsce. Jak zwykle, wszędzie walały się odłamki ogromnej budowli zmieszane z różnymi tajemniczymi przedmiotami. Miejsce zarastało bez pośpiechu, ale stopniowo i nieuchronnie.
- To są Święte ruiny-oświadczyłem bez cienia emocji.
<Ember? Brakus wenus=totalny absurdXD>

piątek, 30 grudnia 2016

Od Delacroix CD Blood

Ostatnio miałam ręce pełne roboty, ponieważ na terenie SBK zaczęły dziać się dziwne rzeczy i trzeba było wszystko sprawdzić. Tego dnia jednak miałam "wolne". Obudziłam się późno. Nie byłam głodna, więc jeszcze dość długo leżałam sobie po prostu w jaskini, oddając się słodkiemu lenistwu. W dodatku sprawa mamy...jednak w tym przypadku byłam już znacznie bardziej spokojna i pogodzona z losem. Niedawno przyśnił mi się sen, gdzie spotkałam się z mamą. Pamiętam jedynie ją, jej słowa i ogarniającą nas światłość. Wytłumaczyła mi, że bardzo nas kocha, tęskni za nami, ale nie można było postąpić inaczej. To pomogło mi się pozbierać. Co więcej, uspokoiło też ojca, a Prim przyznała nawet, że śniło się jej coś podobnego. Z chęcią przeleżałabym w swojej jaskini cały dzień, ale zbyt duża ilość lenistwa może poważnie zaszkodzić. Zwlekłam się więc z posłania i najpierw udałam do jadalni. Nikogo nie znalazłam, nie natknęłam się też na żadnego członka po drodze ani w czasie, gdy pałaszowałam mały posiłek. Nie dziwiło mnie to zbytnio, jest przecież zima. Jest chłodno i nikomu się nie chce wychodzić, a nawet jeśli, to każdy ma już pewnie przydzielone jakieś zadanie, czy coś. Postanowiłam się więc udać na spacer. Dawno nie szłam nigdzie dla przyjemności. Ruszyłam w nieznanym kierunku. Po jakimś czasie postanowiłam przejść się nad Jezioro Lśniących Wód. Było co prawda zamarznięte, ale to nawet lepiej. Chciałam się przekonać, jak radzę sobie z jazdą po lodzie. Dotarłam na miejsce i zaczęłam "jeździć". O ile można tak nazwać desperackie próby łapania równowagi. Jednak szło mi coraz lepiej. W pewnym momencie poczułam się tak pewnie, że rozpędziłam się naprawdę mocno, a następnie potknęłam i wylądowałam w ogromnej zaspie przy brzegu jeziora. Nieźle się wkurzyłam, tym bardziej, że nie mogłam z niej wyjść. Ale gdy już mi się to udało, zaśmiałam się na myśl, jak komicznie musiało to wyglądać. Już chciałam wrócić do przerwanej wcześniej czynności, gdy nagle zauważyłam biegnącą w popłochu w moją stronę sarnę. Na szczęście mnie nie zobaczyła, była zbyt zajęta biegiem. Udało jej się mnie minąć, bo znajdowała się za daleko, żebym mogła się na nią rzucić, ale zaczęłam ją gonić. Złapałam ofiarę po paru metrach i z łatwością zabiłam. Krew nie zdążyła jeszcze dobrze splamić moich kłów, gdy tuż przede mną, jak spod ziemi, wyrósł czarny basior. Mimo że rzadko go widywałam (jak wszyscy) od razu poznałam po futrze czarnym jak smoła i oczach pełnych jednocześnie obojętności, ale i nienawiści do całego świata. Blood, brat naszego kochanego alfy.
- To była moja ofiara- powiedział poważnym tonem, który zdradzał jego zdenerwowanie.
- Ale to ja ją upolowałam- odparłam.
- No właśnie- powiedział z pretensją w głosie.
- Przykro mi, nie była podpisana- odpowiedziałam spokojnie. Nie chciałam go specjalnie bardziej denerwować, po co to komu? Wiedziałam, że z nim lepiej nie zadzierać i go nie wkurzać.
<Blood? 0,1% szansy, ale spróbować warto>

Od Ember CD Heaven

Położyliśmy się. Heaven zamknął oczy ale wiedziałam,że nie śpi. Mi udawanie zbytnio nie przeszkadzało tylko przecież nie można grać i udawać wiecznie. Trzeba to kiedyś w końcu zakończyć. Szturchnęłam basiora łapą. Uchylił oko i spojrzał na mnie.
- Co się dzieje? - spytał leniwie.
- A co będzie potem? - otworzył drugie oko i spojrzał na mnie już dwoma ślepiami unosząc głowę.
- Czyli? - udał idiotę.
- Nie udawaj - skarciłam go podnosząc się - Nie można wiecznie udawać!
<Heaven? xd>

Od Heavena CD Ember

Pokiwałem lekko głową, i wyszliśmy razem z jaskini. Od rana czułem się głupio i towarzyszył mi dziwny ścisk w żołądku, ale w końcu miałem spokój od starań rodziny. Zresztą, Ember nie była taką złą aktorką. Szliśmy równo obok siebie do wyjścia. Oboje jedliśmy już śniadanie, ale spojrzałem mimochodem w stronę stołu. Layla patrzyła na mnie z mieszanką ulgi i szczęścia, a wyraz triumfu na pysku Ice towarzyszył mi aż do zaśnieżonej polanki przed jaskiniami. Rozejrzałem się po okolicy, nie mając za bardzo pojęcia, co mamy teraz zrobić. Ale przedstawienie musi trwać.
- Hmm?-mruknęła nieznacznie wadera. W głowie zaczęły przewijać mi się poszczególne miejsca. Jezioro Lśniących wód? Zbyt zatłoczone. Stary wąwóz? Nie bardzo. Ogród światłości, Tęczowy wodospad? Bez przesady...Most Silver?-wpadło mi do głowy. To tam chciałem zaprowadzić Ember przy naszym pierwszym spotkaniu, więc czas, by tam wpaść.
- Okey, mam pomysł-rzekłem z tajemniczym uśmiechem. Ruszyłem na przełaj poprzez las, torując sobie drogę przez zaspy. Na szczęście długie futro wystarczająco chroniło mnie przed mrozem. Wilczyca zaczęła się już niecierpliwić, gdy przed nami ukazała się łukowata, kamienna budowla. Zawieszona nad zamarzniętą wstęgą strumyka. Porosła zeschniętym mchem, wyglądała dość majestatycznie. Wdrapaliśmy się na zbocze i przeszliśmy na jego środek. Zerwał się lekki wietrzyk, muskając moją sierść. Położyłem się i oparłem głowę na murku. Las, pokryty białym puchem, sprawiał magiczne wrażenie...Jakby otoczyła go jakaś niesamowita aura. Czy to wszystko to tylko powłoka?-przyszło mi na myśl. Zamknąłem oczy, kiedy Ember szturchnęła mnie łapą. Uchyliłem jedno oko.
<Ember? Co tam?>

Od Ember CD Heaven

Wyszliśmy z głównej jaskini i zaczęliśmy spacerować. Heaven ustalił ze mną,że nową znajomość zaczniemy dopiero od jutra. Poparłam ten pomysł. Gdy nastał wieczór odprowadził mnie do mojej jaskini. 
- Ech...co ja robię ze swoim życiem - powiedziałam po cichu kładąc się na legowisku. Przed snem pomyślałam jeszcze o mamie,a potem pogłębiłam się w śnie. Kolejnego dnia,wstałam bardzo wcześnie. Upolowałam coś,potem przytargałam do jaskini i zjadłam. Nagle zobaczyłam,że ktoś pojawił się w wejściu obok mojej jaskini. Tym kimś był nie kto inny jak Heaven.
- Czyli co? Zaczynamy przedstawienie? - podeszłam do niego.
<Heaven?>

Od Heavena CD Ember

- Ech...Niech ci będzie, kombinatorze-odparła po namyśle.Miałem ochotę ją uściskać, ale nie mogłem zrobić tego tu i teraz. Posłałem jej tylko pełne ulgi, porozumiewawcze spojrzenie. Starałem się nie widzieć kątem oka satysfakcji na pyskach rodzinki. Byłem Ember wdzięczny, lecz w tym całym tłumie i przyćmionym świetle czułem się nieswojo.
- Może wyjdziemy na świeże powietrze?-zaproponowałem. Wadera zgodziła się, i po chwili staliśmy już na zewnątrz. Nadciągało dopiero późne popołudnie, dlatego mieliśmy jeszcze sporo czasu na nasze ,,zabawy". Postanowiłem, że zaczniemy ,,nową" znajomość od jutra, by nie wzbudzić podejrzeń.
<Ember? Total Brakus Wenus atakuje>

Od Ember CD Heaven

Patrzyłam na Heavena jakby był nowym gatunkiem mutanta,człowiekiem który okazał się miły albo przybyszem z kosmosu lub Marsa(jak kto woli mówić). Basior grzebał łapą po podłożu i patrzył się na mnie lekko zawstydzony, ,,To absurd'' przemknęło mi przez głowę. Spróbowałam poskładać swoje myśli do kupy. I jedyne co z tej sklejki wychodziło to to,że mam z nim tworzyć parę...na niby? What? Czekajcie ja się przesłyszałam? A może sobie żartuje? Ale nie basior mówił całkowicie poważnie i patrzył na mnie. No w sumie to nawet mi się podobał i udawanie pary nie będzie złe.
- Ech...Niech ci będzie kombinatorze - skapitulowałam.
<Heaven? Od dziś na drugie imię masz Absurd! default smiley xd>

Od Heavena CD Ember

Weszliśmy do głównej jaskini. W radiu leciała piosenka:
Burak Yeter-Tuesday
Kilku członków stada bawiło się w nieznaną mi grę, inni bawili się na ,,parkiecie". W kącie rozmawiały po cichu moja mam i babcia, wraz z dziadkiem czuwającym z boku. Ice spojrzała na mnie kątem oka i gestem zaprosiła do siebie. Przełknąłem ślinę, przypominając sobie naszą ostatnią rozmowę. Westchnąłem i szepnąłem Ember:
- Poczekaj, wrócę za parę minut-a następnie podszedłem do rodziny. Pierwsza odezwała się moja babcia:
- Ładna dziewczyna, nie sądzisz?-zatkało mnie, gdy wskazała na czarno-brązową waderę. Wiedziałem, że od dawna mają plany mnie z kimś zeswatać, ale to już przesada. Totalna przesada!
- Przestaniecie w końcu?!-wrzasnąłem szeptem. Wszyscy zrobili pobłażliwe miny, a moja matka w ciszy pokręciła powoli głową.
- Heaven, stado musi nie tylko przetrwać, ale i trwać-powiedział łagodnie Archer. Poczułem na czole krople potu. Znów ogarnął mnie TEN strach. 
- No, oczekujemy czegoś-dodała Ice, trącając mnie łapą. Stałem jak sparaliżowany. Odwróciłem się na pięcie i odszedłem w przeciwny kąt. Moja rodzina była po prostu...ugh. Nie byłem teraz w stanie patrzeć nawet na moją przyjaciółkę. Gorączkowo myślałem, co robić. Przecież nie dadzą mi spokoju. I nagle do głowy wpadł mi najbardziej absurdalny pomysł świata, ale jedyny, który mi odpowiadał. 
- Ummm...Ember?-zawołałem nieśmiało. Wadera podbiegła truchtem do mnie i patrzyła na mnie wyczekująco.
- No...bo mam pewien problem z rodziną...Oni wciąż chcą...żebym miał kogoś przy sobie...ych-z trudem składałem słowa, zwłaszcza, gdy mój wzrok padał na coraz bardziej niedowierzającą wilczycę. To moja przyjaciółka...Nie mam wyboru. Muszę jej zaufać-pokrzepiłem się tą myślą.-I...gdybyś mogła, jakoś...trzymać się blisko mnie przez najbliższe tygodnie...-przełknąłem ślinę. Czułem się teraz przy niej jak mały szczeniak.
- To znaczy?-spytała, unosząc wyraźnie brew i cofając się lekko.
- No...Jak wadera z basiorem....Ale tylko na pozór-zapewniłem ją. Miałem ogromną nadzieję, że się zgodzi, chodź tak naprawdę szanse na taki paradoks i zrządzenie losu były nikłe.
<Ember? Absurd, proszę cięXD>

Od Ember CD Heaven

- Idziemy - skinął na mnie łbem. Otrzepaliśmy się ze śniegu,a potem wyszliśmy z zamrożonego jeziorka. Ruszyliśmy spokojnie w stronę odgłosów. Szliśmy łeb w łeb. Spojrzałam kątem oka na Heavena. Nie wyglądał na zakłopotanego czy przejętego. Ale zgadywałam,że to była tylko maska. W końcu był samcem Alfa i musiał dawać jak najlepszy przykład. Ja natomiast nie musiałam udawać i od początku gdy usłyszeliśmy ten dziwny sygnał miałam zaniepokojoną i niemrawą minę.
- Jak myślisz? - przerwałam tą nieznośną ciszę - Co to może być?
- Nie wiem - przyznał wzruszjąc ramionami. Po chwili byliśmy na miejscu.
<Heaven?>

Od Heavena CD Ember

Stałem naprzeciw wadery, a nad nami zapadła niepokojąca cisza. Kątem oka dostrzegłem, jak w powietrzu zaczynają wirować drobne płatki śniegu.
- Zgoda?-powiedziałem w końcu, z nadzieją wyciągając w jej stronę łapę.
- Zgoda-odparła z uśmiechem Ember, i rozeszliśmy się do siebie.
~Kilka dni później~
Otworzyłem jedno oko, drugie oko. Rutynowo śniadanie, obchód stada, luz-plus. Załatwiłem to w expressowym tempie, więc jak co dzień o południu zaczynałem się nudzić, siedząc w swojej jaskini i wpatrując się w krystalicznie białą powłokę krajobrazu. Jakby ktoś pokrył to wszystko emaliowanym srebrem-pomyślałem, gdy na korytarzu rozległy się bezgłośne kroki. Obejrzałem się za siebie, na czyhającą u wejścia do mego mieszkania brązowo-czarną wilczycę.
- Nudzi się?-spytała chytrze.
- No to wio-powiedziałem na wstępie i wyminąłem ją prędko w tunelu. Ember natychmiast zerwała się do biegu za mną. Sturlaliśmy się z góry na miękką warstwę puchu. Dotknąłem językiem zimnego białego proszku.
- Gdzie dziś idziemy?-zadała pytanie wadera, grzebiąc łapą w śniegu. Po chwili zastanowienia odparłem:
- Jezioro?
- Czytasz mi w myślach-powiedziała, wstając i otrzepując się. Po pół godzinie spaceru dotarliśmy na miejsce. Ostrożnie wszedłem na lód, i przejechałem po śliskiej powierzchni łapą. Wbiłem w niego płytko pazury, i zacząłem ślizgać się po jego powierzchni. Moja przyjaciółka również wbiła na parkiet i teraz wykonywała szalone piruety. Od czasu polowania zapełniała ona mój dotąd nieznośny, wolny czas. Rozumieliśmy się nawzajem. Przejeżdżaliśmy obok siebie, szalejąc po całej powierzchni, dopóki nie wpadliśmy na siebie. Rozpaltoczyłem się na śniegu, podobnie jak Ember, gdy dotarł do mnie szum muzyki, charakterystyczny dla naszego radia. Podniosłem się natychmiast, i nastawiłem uszu.
- Coś się dzieje-powiedziałem do wadery. Zrobiła zaniepokojoną minę i usiadła na lodzie.
- Idziemy to sprawdzić?
<Ember? Wiem, za dużo dialogów, ale impet mnie opuszcza>

Od Ember CD Heaven

Naganiacze szybko zagonili zwierzynę do wielmożnego mordercy dzieci oraz Echo przez co ja nie miałam nic do roboty. A szkoda. Byłam tu jedną z nowych i gdybym pokazała im co umiem chodź nie był to mój ,,fach'' w stadzie to zdobyłabym duży szacunek. No cóż. Mówi się trudno. Pewnie kiedyś jeszcze mnie wezmą na polowanie. Nagle zobaczyłam,że udało się upolować bardzo dużo tych zwierząt,a teraz leżały martwe na ziemi. Podeszłam do nich.
- Dobra. Każdy bierze po dwa i idziemy z nimi do spiżarni - odparł ten...nie powiem kto. Wzięliśmy tak jak nam kazał i ruszyliśmy powolnym krokiem. Im bliżej byliśmy naszego celu tym bardziej moja złość opadała. Nie powinnam tak reagować. To w końcu łańcuch pokarmowy,życie. Gdy oddaliśmy zwierzynę do śpiżarni Heaven podziękował wszystkim za łowy. Potem wszyscy się rozeszli. Wszyscy oprócz mnie i basiora. Było mi troszkę głupio.
<Heaven? xd>

Od Heavena CD Ember

Ta idiotka wleciała tu z przerażoną miną i wpakowała się wprost pod kopyta jelenia, przy okazji spychając mnie ze zdobyczy. Na początku zszokowany jednym spojrzeniem ogarnąłem leżącą w bezruchu wilczycę i ofiarę, która już prawie zdążyła się podnieść. Skoczyłem na nią szybko i przygwoździłem mocno do ziemi, po czym wgryzłem się w szyję rena. Trysnęła świeża krew, a ostatni dech zwierzęcia poniósł się echem po lesie. W tym momencie wadera poderwała się z ziemi, jak trup z grobu. Gdy tylko zobaczyła martwego młodzika i mnie z pazurami we krwi, zmierzyła mnie zszokowanym spojrzeniem. Gdyby wzrok mógł zabijać, leżałbym pewnie martwy.
- Jak mogłeś?!-wydusiła w końcu z siebie. Otarłem krew z pyska i z kamienną twarzą spojrzałem na ścianę puszczy, w której zniknęło całe stado reniferów, nasza nadzieja na przeżycie zimy.
- Chcesz zginąć z głodu?!-wrzasnąłem na nią. Po co ta cała dyskusja? Jest moją poddaną, i nie ma prawa wtrącać się w moje życie-pomyślałem, atakując waderę wzrokiem. Ember westchnęła tylko z boleścią w głosie, kręcąc głową. I moją znajomą-uświadomiłem sobie ze zdziwieniem. Ale nie czas na takie rozmyślanie.
- Dobra. Idziemy, a tego zostawimy na później. Musimy coś upolować-podkreśliłem słowo ,,Musimy" i ruszyłem na czele kolumny, poszukując śladu zapachu zdobyczy. Wilczyca szła za mną z podłą miną. Wzdychając, odwróciłem głowę w jej stronę. Nie chciałem, by cała znajomość padła z powodu jednego incydentu. W tym momencie wyczułem intensywny zapach kopytnych. Skinąłem na resztę łowców. Gdy już ujrzeliśmy całą, składającą się piętnastu osobników grupę, rzekłem tylko:
- Plan jest taki sam.-ustawiliśmy się na pozycjach. Upewniłem się, że w pobliżu nie ma żadnego innego zgrupowania tych ssaków i dałem znak do rozpoczęcia ataku. Naganiacze spisywali się dobrze, zaraz łosie powinny wpaść na nas z impetem. Z tylu sztuk uda nam się zapełnić spiżarnię-uśmiechnąłem się pod nosem.
<Ember?>

Od Ember CD Heaven

Skro wyciągnął mnie na polowanie chodź nie mam stanowiska z nim związanego to mógł mi dać chociaż jakieś lepsze zajęcie. No ale dobra, nie będę płakać nad rozlanym mlekiem. Ustawiłam się na swoim miejscu i czekałam żeby w razie czego zainterweniować. Ana, Alien i Delacroix ruszyli z biegiem na zwierzęta. Te od razu ich wyczuły i zaczęły biegnąć przodem. Trójka wilków zaczęła je zaganiać do miejsca gdzie stali i czuwali Heaven i Echo. Zwierzyna była już coraz bliżej gdy nagle...jeden z jeleni poczuł się jakoś mądrzejszy lub odważniejszy bo zawrócił i zaczął uciekać w drugą stronę. Dwójka z ,,zaganiaczy'' zaczęła gryźć go po nogach ale jeleń wciąż biegł i zaczął się oddalać,a oni nie mogli za nim biec bo musieli zaganiać dalej zwierzynę. I wtedy...z lasu wyskoczyło o wiele więcej reniferów. No tego to jeszcze nikt nie widział! Najwyraźniej ta piątka oddzieliła się od stada i gdy jeden z jeleni uciekł do lasu dał alarm tamtym które uciekały. My staliśmy kompletnie ogłupiali. 
- Schowajcie się gdzieś! - usłyszałam głos Heavena. Wszyscy uciekli i pochowali się za drzewa,za głazy. Ja również się ukryłam i zaczęłam obserwować stado. Nagle zobaczyłam,że Heaven powoli wstaje i zaczyna się skradać.
- Jaki idiota...przecież go mogą kopnąć - pomyślałam w myślach i postanowiłam nie reagować. Aż nagle zobaczyłam jego cel. Małego i młodziutkiego renifera który o coś zahaczył i leżał na ziemi nie potrafiąc wstać. To właśnie do niego zbliżał się Heaven. Pokazałam kły. 
- Co on...Nie wie,że małych się nie zabija? - wilk wskoczył na tego renifera gdy stado zaczęło się już trochę przerzedzać. Ja również ruszyłam w jego stronę i gdy nasz drogi alfa miał już zabić młodego renifera ja zdążyłam go odepchnąć przy okazji dostając z kopyt jelenia przez co zemdlałam. 
<Heaven? sorki jak trochę chaotycznie>

Od Heavena CD Ember

Momentalnie spoważniałem, by nie wyjść na jakiegoś śmieszka.
- Muszę to zanieść do spiżarni-powiedziałem niecierpliwie i skinąłem na nią głową jeszcze raz. Bez przeszkód dotarliśmy do pustej jadalni. Skrzywiłem się na widok spiżarni; świeciła pustkami. Z ulgą zrzuciłem ciało sarny na posadzkę i obejrzałem się za siebie. Ember stałam tam z uśmiechem, przyglądając mi się. Milczeliśmy oboje przez chwilę, aż postanowiłem wykonać pierwszy ruch:
- To do jutra.-ruszyłem zacienionym korytarzem w stronę swojej jaskini.
- Do jutra-powiedziała przyjaźnie wadera i zniknęła w pobocznym tunelu. Wzdychając, położyłem się na swoim posłaniu i zamknąłem oczy.
~Następnego dnia~
Trąc pazurami o skałę, spojrzałem jeszcze raz na stojący w rzędzie zastęp łowców.
- Nadal jest nas za mało-Nawet ze mną grupa liczyła ledwie 4 osoby. Przez chwilę żałowałem mojego wyroku dotyczącego Minerwy, ale nie można było ryzykować. To by nas zniszczyło od środka. Koło nas przechodzili kolejni członkowie, ale dostrzegłem wśród nich dopiero Ember. Wczoraj pokazała, na co ją stać, więc była potencjalnym kandydatem. I umiała improwizować...
- Ember!-krzyknąłem do niej znad tłumu. Wilczyca podniosła głowę i zaczęła przedzierać się przez grupę. W końcu dotarła do nas. Zmierzyłem ją krytycznym okiem.
- Czy zechcesz pomóc nam w polowaniu?-zabrzmiało to bardziej jak rozkaz, ale wadera odpowiedziała spokojnie:
- Jasne-zadowoliło mnie to. Złapałem jeszcze Delacroix. Wyruszyliśmy na północ, gdzie przeważnie zimowały stada łosi, niezdolne do opuszczenia doliny. Jak się spodziewałem, były tam, ale w zaskakująco małej ilości (3 sztuki) i z dwoma jeleniami.
- Ana, Alien i Delacroix-naganiacie zdobycz na pułapkę. Ja z Echo będę tam czekał, a Ember będzie czuwała nad tym, by żadne ze zwierząt nie uciekło. Wszystko jasne?
- Ta jes-odpowiedział chór głosów. Oprócz Ember, ale nie zrobiło mi to różnicy. Stanąłem na swoim miejscu, a obok mnie czatowała czarna wadera.
<Ember?>

czwartek, 29 grudnia 2016

Minerwa odchodzi!

Znalezione obrazy dla zapytania wilk polarny tapeta
Minerwa
~~~
Obrońca, łowca

Powód: Śmierć w nietypowych okolicznościach

Od Minerwy- "Dotyk przeznaczenia" cz.3

Leżałam w małej jaskini. Była naprawdę ciasna i miała jedno wejście. Strzegli go strażnicy, czyli Kala i Senshi. Zostałam schwytana w lesie i tutaj przetransportowana. Na początku nie wiedziałam, co się dzieje, ale potulnie wykonywałam większość poleceń, nie chcąc pogorszyć swojej sytuacji. Tyle, że co jakiś czas górę nade mną znów brała moja ostatnio wzmożona agresja. Starałam się jednak nad tym panować. Jednocześnie cały czas próbowałam się dowiedzieć, o co chodzi. Jednak do tej pory nikt nic mi nie powiedział. Czekałam. Nie wiedziałam nawet na co. W końcu usłyszałam jakieś zamieszanie na zewnątrz, a po chwili do jaskini weszli Heaven i Demon, a za nimi Kala i Senshi.
- Co tu się dzieje?!- znów zapanowała nade mną wściekłość. Szybko jednak się opamiętałam i powiedziałam raz jeszcze:
- Czy ktoś mógłby mi wytłumaczyć, o co chodzi?
- Ty naprawdę nic nie wiesz? Niczego nie pamiętasz?- zapytał z niedowierzaniem Demon. Pokręciłam przecząco głową, czekając na jakąś kontynuację.
- Zmieniłaś się w mutanta. Na moich oczach. Obudziły mnie w nocy hałasy. I wtedy właśnie stałem się świadkiem twojej przemiany- powiedział Demon. Przez chwilę miałam wrażenie, że nie słyszę naprawdę tego, co on mówi. Albo, że to tylko sen.
- To sen, prawda? Zaraz się obudzę?- zapytałam. Czekałam na jakieś potwierdzenie. Następnie spróbowałam się obudzić poprzez uszczypnięcie. Na nic.
- Ale...ale... to nie może być prawda! To kłamstwo!- krzyknęłam i zaczęłam powoli cofać się w głąb jaskini. Spojrzałam na swoje łapy i wtedy...doznałam krótkiej wizji. Zobaczyłam członków stada uciekających przede mną w popłochu. Moje łapy wyglądały jakby należały do jakiegoś mutanta. I były całe we krwi. Słyszałam przerażone krzyki. I wtedy wizja się skończyła. Powróciłam do rzeczywistości.
- Co się dzieje?- odezwał się po raz pierwszy Heaven.
- Ja zaatakowałam stado, prawda?- spytałam. Nie uzyskałam potwierdzenia, ale też nikt nie zaprzeczył.
- Musimy naradzić się, co z tobą zrobimy- powiedział alfa i zaczął szykować się do wyjścia.
- Nie mógłbym zostać z nią?- zapytał Demon.
- Przykro mi, to zbyt niebezpieczne. Kala, Senshi, niedługo przyślę kogoś na zmianę- powiedział, po czym wszyscy wyszli.
Wieczorem
Cały dzień spędziłam w jaskini. Nikt mi nic nie powiedział. Zero jakichkolwiek wiadomości. Co jakiś czas słyszałam kroki na zewnątrz, ale była to tylko zmiana warty. Czasami też ogarniało mnie znane uczucie złości, jednak odkąd zaczęłam podejrzewać, że to także jest skutkiem ugryzienia mutanta, próbowałam się przed nim bronić na wszelkie sposoby. W końcu pod koniec dnia na zewnątrz znów zapanowało poruszenie. Do jaskini weszli Heaven, Demon, Della i Prim. Wszyscy ledwo się mieściliśmy.
- Uzgodniliśmy już, co z tobą robimy- powiedział Heaven. Mówił to dziwnym tonem, takim smutnym, przygaszonym i niezwykle poważnym. Nawet jak na niego.
- I?- spytałam. Spojrzałam na twarze wszystkich obecnych po kolei. Ich miny nie zwiastowały niczego dobrego.
- Wiesz, jest możliwość wyleczenia za pomocą rzadkiego kwiatu. Jednak nie mamy go ani nie wiemy, gdzie go szukać. A ty stanowisz zagrożenie dla stada...- alfa zaciął się.
- Chcą cię...zabić- powiedział ledwo słyszalnym szeptem mój partner. Ale ja go usłyszałam. Aż za dobrze.
- CO?!- byłam święcie przekonana, że żartują. To była moja jedyna nadzieja.
- Nie mamy wyboru. Jesteś dla nas zbyt wielkim zagrożeniem. Nic nie wiemy o mutancie, który cię ugryzł ani o tobie. Przykro mi- powiedział Heaven.
- Przykro ci? Mi też jest przykro, że chcesz zabić moją matkę! Dowiesz się więcej o tej przemianie, jeśli pozwolisz jej żyć. Wtedy będziemy mogli obserwować, co się będzie działo! I moja matka przeżyje!- zawołała Prim. Nigdy nie widziałam jej tak pobudzonej. Była jednocześnie wściekła i przerażona.
- Nie mamy takiej pewności. Poza tym to zbyt ryzykowne. I wszystko już przegłosowane. Naprawdę mi przykro, ale nie mogłem inaczej postąpić- powiedział Heaven, podchodząc do mnie. Skinęłam głową na znak, że rozumiem i nie mam mu tego za złe. Chodź tak naprawdę wewnątrz krzyczałam i błagałam o litość. Wiedziałam jednak, że nic to nie da. Wszystko przegłosowane. Poza tym alfa miał rację. Byłam zbyt wielkim zagrożeniem.
- Dam wam chwilę na pożegnanie się- powiedział Heaven i wyszedł. Następne kilkanaście minut opisać można następująco: łzy, szloch, krzyki, płacz, smutek, przerażenie, złość, bezsilność, rozpacz. Ja pocieszałam ich, oni mnie. Nikt z nas nie mógł się pogodzić z tym. W końcu wrócił alfa.
- Musimy kończyć- powiedział. Ostateczne pożegnanie trwało jednak jeszcze trochę. W końcu, gdy wszyscy wyszli, alfa wyjaśnił mi, jak przebiegnie wszystko następnego dnia. Przez prawie całą noc nie spałam. Targały mną różne, sprzeczne uczucia. W jednej chwili nienawidziłam wszystkich za to, że zgodzili się na moją śmierć. A moich bliskich w szczególności. W końcu mogli jakoś lepiej zaprotestować! Zaraz jednak tłumaczyłam sobie, że nic nie mogli zrobić i że tak będzie lepiej.
~~~~Rankiem~~~~
Jakoś udało mi się zasnąć nad ranem. Był to jednak bardzo lekki sen i doskonale wiedziałam, co się wokół mnie dzieje. Gdy usłyszałam więc znów poruszenie przed wejściem, wstałam i podeszłam do niego. Na zewnątrz już czekała dwójka zabójców, Blood i Hiro. Ani ja, ani żadne z nich nie odezwało się słowem. Milczeli także Archer i Ice, którym akurat przypadło pilnowanie mnie. Spojrzałam na białą wilczycę i  przypomniałam sobie tę wspaniałą chwilę, kiedy ją spotkałam, a niedługo później dołączyłam do jej stada. Za nią poleciała reszta wspomnień. Jednak nie płakałam ani nic z tych rzeczy. Byłam już pogodzona ze swoim losem. Nawet gdybym miała pewność, że nie dołączając do stada nadal będę żyć i tak bym to zrobiło. Tyle dobrego mnie tutaj spotkało! Miłość, rodzina. Blood zawiązał mi oczy jakąś szmatką. Potem on i Hiro zaczęli mnie gdzieś prowadzić. Nie wiedziałam dokąd, bo skąd? Pod łapami czułam śnieg. Wyobraziłam sobie, że ktoś prowadzi mnie, by zrobić mi jakąś niespodziankę albo pokazać coś ciekawego. W końcu dotarliśmy do jakiegoś miejsca.
- Zdjąć ci...- zaczęła Hiro.
-Nie- weszłam jej w słowo.
- Wolę mieć zasłonięte oczy- odparłam w stronę, z której dochodził głos kotki. Ostatnie, co pamiętam, to jak ktoś powala mnie na ziemię i wgryza się w moją szyję. Nie próbowałam się bronić, bo nie miało to najmniejszego sensu.

Od Ember CD Heaven

Nawet polubiłam tego Heavena. Chodź był lekkim gburem to jednak gdy mu się pokazało,że się z nim nie zadziera to stawał się nawet sympatyczny. O dziwo nawet zdołał się zaśmiać! No,no. Nie wiedziałam,że jest do tego zdolny. No ale w końcu nie znam go długo tylko jakąś...godzinę,może dwie więc mam prawo poznawać jego nowe oblicza i humorki. Gdy przestaliśmy się śmiać rozejrzałam się z uśmiechem na boki. 
- To co teraz? - zapytałam.
<Heav? wybacz mały braczek weny>

Od Heavena CD Ember

Ember zatrzymała się tuż przede mną z wywieszonym językiem, dysząc.
- Nieźle-mruknąłem tylko pod nosem, prawie że do siebie, i zaciągnąłem swoją zdobycz na sporą, stwardniałą pod wpływem mrozu zaspę. Tam zacząłem pałaszować ze smakiem jeszcze ciepłe, świeże mięso, ale mimo to szybko zrobiło się zimne i twarde. Zerknąłem znad posiłku na waderę, która nie zdecydowała jeszcze, co zrobić ze swoimi ofiarami. W końcu chwyciła jedną z nich i przytargała niedaleko mnie, po czym usiadła i zaczęła jeść. Gdy skończyłem już swoją sarnę, jednym skokiem znalazłem się przy zdobyczy Ember. Wziąłem ją na grzbiet i powiedziałem oschle:
- Jak nie masz nic przeciwko, to idziemy-nie czekając na jej reakcję, przyspieszyłem kroku. Ale ona umiała mi wbrew pozorom dorównać. Aby jakoś urozmaicić trasę, postanowiłem przejść się drogą nieco bardziej na południe. Gdy zbliżyliśmy się do granicy lasu, jak się spodziewałem, wadera wydała niemy okrzyk zachwytu. Zza koron drzew wyłoniły się ośnieżone szczyty Gór Zapomnienia w całej swojej krasie.
- Piękne-usłyszałem za sobą niemrawy pomruk. Nawet mnie zachwycały niezmiennie, ale nie mogłem się pozbyć uczucia irytacji z jej powodu. Stanowi jakiś problem?-pomyślałem. W niedługim czasie znaleźliśmy się jeszcze nad Jeziorem Lśniących Wód. Teraz lśniła jego pokryta lodem powierzchnia, odbijając niemrawy blask słońca.
- Jezioro Lśniących Wód-powiedziałem beznamiętnym tonem, rozgarniając łapą śnieg. Wtem Ember odezwała się z lekką pretensją:
- Coś cię dziś ugryzło?-Najpierw wydało mi się niedorzeczne, bo na zimę wszystkie te chmary małych bestii znikają. Ale gdy dotarł do mnie sens wypowiedzi...
- Co?!-wykrzyknąłem najpierw ze zdumienia.-Co cię to obchodzi?!
- A to, że nie życzę sobie, by odzywano się do mnie w ten sposób-odparła pewnie. Nie będzie mnie traktować jak błota, co jej utknęło na podeszwie-pomyślałem ze złością i przygwoździłem ją do ziemi zarówno spojrzeniem, jak i łapami.
- Księżniczka się znalazła!-wrzasnąłem, ale po chwili się opanowałem i zlazłem z niej. Wtedy zaczęła się szczerze i z radością śmiać. Nie wiem, co mnie do tego popchnęło, ale zrobiłem to samo. Nie widziałem jeszcze nikogo, kto by mi się sprzeciwił. Nawet ją polubiłem, lecz nie do tego stopnia.
<Ember? Komizm sytuacji>

Od Minerwy- "Dotyk przeznaczenia" cz.2

Całą noc nie mogłam zasnąć. Demon już dawno spał. Denerwowało mnie to, że tak łatwo zasnął. I to, że chrapał. I to, że w ogóle istniał. Wszyscy mnie denerwowali. I wszystko. Byłam pełna furii. Przewracałam się z boku na bok. W końcu nie wytrzymałam i wyszłam na zewnątrz. Nawet nie starałam się być cicho. Nie obchodziło mnie, czy kogoś obudzę, czy nie. Byłam zbyt wkurzona. Na wszystko i na nic jednocześnie. Skierowałam się w stronę lasu. Zupełnie nie zwracałam uwagi na chłód. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy. Za to księżyc świecił jasno i wyraźnie. Niedługo pełnie- pomyślałam. Miałam nadzieję, że mała wycieczka pozwoli mi się uspokoić i w końcu uda mi się zasnąć. Coś kazało mi iść coraz bardziej w las. To samo "coś" spowodowało, że gdy tylko poczułam w powietrzu znany zapach, skierowałam się w jego stronę. Czułam głód. Ale inny, niż zwykle. Dotarłam do miejsca, gdzie stadko saren szykowało się do snu. Właściwie, to część z nich już spała. Przyczaiłam się i czekałam na dogodny moment. Białe futro było doskonałym kamuflażem. "Coś" kazało mi zapolować. Więc zapolowałam. Łatwo dopadłam jedną sztukę. Zatopiłam kły w jej szyi. Smak krwi był nie do opisania. Jak to możliwe, że do tej pory interesowałam się mięsem upolowanego zwierzęcia, zamiast skupić się na krwi. Była o niebo lepsza, niż do tej pory sądziłam. Rozkoszowałam się jej smakiem, ale jak wszystko, co dobre, szybko się skończyła. Spojrzałam na moją ofiarę. Zgodnie z prawami natury, powinnam ją teraz zjeść. W końcu byłam drapieżnikiem. Jednak niespecjalnie to do mnie przemawiało. Wolałabym więcej krwi- pomyślałam i wtedy też usłyszałam jakiś hałas. Podeszłam do miejsca, skąd dochodził i zobaczyłam inną sarnę. Była młoda i na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że jest poważnie ranna. Dlatego nie mogła uciec jak reszta stada. Była łatwym celem. Grzechem byłoby nie skorzystać z takiej okazji. Rzuciłam się na moją kolejną ofiarę. Po chwili jednak i jej krew się skończyła, a ja wciąż chciałam więcej. WIĘCEJ, WIĘCEJ, WIĘCEJ!- "coś" w mojej głowie produkowało takie myśli.
~~~~Rankiem~~~~
Obudziłam się niezwykle późno.
- Nareszcie- powiedział Demon obrażonym głosem. Nadal nie pogodziliśmy się po naszej kłótni. Ale której? Ostatnimi czasy tak często się kłóciliśmy. Nieraz denerwowało mnie to jeszcze bardziej, ale też często nachodziły mnie wyrzuty sumienia. To ja powodowałam większość tych kłótni. Właściwie wszystkie. Jednak za każdym razem, gdy chciałam go przeprosić, znów panowanie nade mną przejmowała agresja. Podniosłam się powoli z posłania, ziewając.
- Jesteś ranna?- zapytał Demon, podchodząc do mnie.
- Nie, czemu pytasz?
- Masz zaschniętą krew na ustach- odparł. Dotknęłam ręką ust. Miał rację.
- Musiałam się gdzieś zranić w nocy, gdy spałam- dodałam, przypominając sobie wydarzenia zeszłej nocy. Miałam nadzieję, że go przekonałam. Co ja najlepszego wyprawiałam? Co to miało znaczyć? Dlaczego? Czy to ma coś wspólnego z ugryzieniem tego mutanta? W takim razie jak najszybciej powinnam o tym powiedzieć, ale...nie mogłam się do czegoś takiego przyznać. Po prostu muszę nad sobą zapanować. Zwalczyć to-miałam w głowie tysiąc myśli. Potrząsnęłam mocno głową, chcąc je wszystkie odgonić.
- Na pewno nic ci nie jest?- spytał Demon zatroskanym głosem.
- No przecież mówię, że nie! To znaczy..., ech, znowu na ciebie nawrzeszczałam...przepraszam- powiedziałam cicho, kładąc się z powrotem i zasłaniając oczy łapą.
- Minerwo, wybaczam ci, ale powiedz mi, co się ostatnio z tobą dzieje?- zapytał mój partner, podchodząc do mnie, chwytając mnie za rękę i spoglądając głęboko w oczy. Przez chwilę między nami panowała cisza. Myślałam. Przecież nie mogę mu powiedzieć prawdy. Ale co, jeśli mogę stać się dla niego niebezpieczeństwem?  Albo dla reszty stada? Co jeśli kogoś skrzywdzę?
- Nic, po prostu...ostatnio wiele się działo i dobiło mnie jeszcze to ugryzienie mutanta. Trochę się boję, czy to nie będzie miało jakichś skutków ubocznych- powiedziałam prawdę, choć niecałą.
- Nie martw się. Jak na razie nic się nie dzieje, a gdyby coś, to pamiętaj, że zawsze będę przy tobie. Della i Prim także. Ze wszystkim damy sobie radę- odparł Demon, czym bardzo podniósł mnie na duchu. Gdy poszliśmy na śniadanie byłam już w znacznie lepszym humorze, a z każdą kolejną minutą czułam się coraz lepiej. W jadalni byli prawie wszyscy członkowie stada. Ja i mój partner jedliśmy powoli, przez co, kiedy większość członków już wyszła, my nadal jeszcze byliśmy w jadalni. Razem z nami został jeszcze alfa oraz jego babcia, Ice i jeszcze kilka zwierząt. Gdy ja i Demon skończyliśmy i zaczęliśmy się szykować do wyjścia, do jaskini wbiegł zdyszany ogier, Samael, który niedawno dołączył do naszego stada. Z tego, co wiedziałam, nie przypadł za bardzo do gustu emerytowanemu samcowi beta.
- Znalazłem coś dziwnego. Kilka upolowanych zwierząt, ale żadne z nich niezjedzone. Kiedy dokładniej się temu przyjrzałem okazało się, że nie ma "w nich" krwi- ogier od początku nie owijał w bawełnę. W jadalni, mimo że było tak mało osób, zawrzało. Demon skierował się w stronę stołu, ale ja pociągnęłam go mocno za sobą i wyszliśmy na zewnątrz.
- Chodź. Nie chcę słuchać o tych strasznych rzeczach- powiedziałam. Mówiłam w 100% prawdę, nie chciałam słuchać o tym, co zrobiłam zeszłej nocy.
- Co? Ale o co ci chodzi? Lepiej chyba wiedzieć, co się dzieje w stadzie, prawda?- spytał mój partner.
- No tak, ale...zostawmy to na razie innym. My już się dość namartwiliśmy- powiedziałam, ucinając temat.
~~~~ Nocą~~~~
Znów nie mogłam zasnąć. Tak samo jak zeszłej nocy, kręciłam się jedynie z boku na bok. Nie chciałam wyjść na zewnątrz, żeby nie powtórzyła się sytuacja z zeszłej nocy. Z czasem całe ciało zaczęło mnie boleć. Coś się ze mną działo. Coś niedobrego, bardzo złego. Wszystko wokół zaczęło się rozmywać. Zdenerwowana spojrzałam na swoją łapę. Zdawała się zmieniać kształt, ale stwierdziłam, że mam omamy i tyle. Wszystko coraz bardziej mnie bolało. Jednocześnie czułam głód. Taki jak zeszłej nocy. Nie mogłem nad sobą zapanować. Ostatnie, co pamiętam, to jak spojrzałam przez wyjście jaskini i stwierdziłam, że jest pełnia.
~~~~Rankiem~~~~
Powoli otworzyłam najpierw jedno, potem drugie oko. Omiotłam wzrokiem miejsce, w którym byłam. Ze zdziwieniem stwierdziłam, iż jest las w pobliżu Strumyka Paproci, a nie moja jaskinia. Moje zdziwienie było nie do opisania. Co więcej, wszystko strasznie mnie bolało. W dodatku nie pamiętałam, jak tu trafiłam. Usiadłam i wtedy zauważyłam, że mam na ciele wiele mniejszych i większych ran. Pomasowałam łapą bolącą głowę. Jedyne, co mogłam w tej sytuacji zrobić, to wrócić do stada. Tak też zrobiłam. Szłam powoli, gdy usłyszałam głosy. Większość była mi znana, więc uznałam, że należą do członków stada. Pobiegłam w tamtą stronę. Nie myliłam się, kilkoro członków stało blisko siebie i gorączkowo o czymś rozmawiali. Nie wiedziałam, co robili o tej porze w lesie i to w takiej liczbie. Zaczęłam biec w ich stronę.
- To ona!- zawołał ktoś, a wtedy stojący najbliżej mnie, Archer, rzucił się na mnie i unieruchomił.



Od Ember CD Heaven

Basior myślał,że jest ode mnie lepszy? Możliwe ale ja nie jestem słaba i to nie pierwszy raz gdy poluje. Jestem w tym bardzo dobra i właśnie teraz mu to pokaże. Zobaczy,że ze mną niezbyt się zadziera. Jednocześnie ruszyliśmy do ataku. W ułamku sekundy wypatrzyłam ofiarę. Spojrzałam kątem oka na basiora który skoczył na sarnę ale ta o dziwo zgrabnie go wyminęła przez co ten zrobił salto i wylądował na ziemi uderzając się łbem o pień. Miałam ochotę parsknąć śmiechem ale postanowiłam się skupić. Moja zdobycz była już dalej ode mnie,a ja nie chciałam zmieniać celu więc na szybko wymyśliłam plan dosyć niebezpieczny. Wskoczyłam na sarnę która biegła obok mnie,a potem odbiłam się od niej(przy okazji powalając ją na ziemię i wbijając pazury w jej kark zabijając ją)dzięki czemu szybko doskoczyłam do mojego celu i wbiłam jej zęby w szyje. I wtedy obok mnie przebiegł Heaven i szybciej ode mnie zabił jedną sarnę. Czyli podsumowując wyniki: ja zabiłam dwie sarny,a Heaven tylko jedną jednakże jemu zajęło to o wiele szybciej niż mi i na dodatek zdołał mnie dogonić mimo,że wcześniej poważnie się wywalił. Spojrzałam na basiora dysząc. O matko! Ale się zmęczyłam....
<Heaven? xd Spoko default smiley ;)>

Od Heavena CD Ember

Po tym, co odpowiedziała wadera, odwróciłem i w milczeniu ruszyłem naprzód, brnąc łapami w warstwie śniegu. Ember po zastanowieniu ruszyła za mną. Wokół panowała nieskazitelna cisza. Czyste, lazurowe niebo rozpościerało się nad pustą przestrzenią czarnych koron drzew. Dzisiejszy mróz nieco złagodniał, dając odpocząć nadwyrężonym od obowiązków mięśniom. Ale tak naprawdę, moim ulubionym zajęciem było pracować. Fizycznie może byłem przeciążony, ale psychicznie dawało mi to całkowity odpoczynek. Spojrzałem przed siebie, gdy pod moimi łapami rozległ się trzask. Pod nią leżały odłamki lodu, a gładka, szklista powierzchnia ciągnęła się przez pusty las, wijąc się lekko.
- Strumyk paproci-powiedziałem chłodno do wilczycy stojącej z tyłu. Na chwilę zerknąłem na nią jeszcze raz. Miała brązowo-czarne, szorstkie futro, z długim, przypominającym lisi, ogonem. Jej czarny pysk w znacznym stopniu przypominał psi, jedynie jaśniejsze uszy i bursztynowo-złote oczy zdradzały wilcze pokrewieństwo. Prychając, skierowałem się na południowy wschód, z biegiem strumienia, gdzie wisiał most Silver. Ember wyglądała na trochę ,,spiętą", lecz postanowiłem w to nie wnikać. Po pół godzinie znudziło mi się jednak maszerowanie środkiem zamarzniętego strumyka, i zboczyłem z trasy, wybierając drogę pomiędzy pokrytymi szadzią gałęziami drzew. Układała się ona w piękne wzory, tworząc niepowtarzalną atmosferę tej części puszczy. Momentami zapominałem nawet, że ktoś za mną idzie, bo wadera zachowywała się wyjątkowo cicho. Wtem gdzieś niedaleko mignął mi brązowy kształt. Przykucnąłem za zaspą, i wpatrywałem się w stado saren. Wilczyca również zrobiła to samo, co mnie nieco zirytowało.
- Zaczekaj tu-powiedziałem, zanim zdążyła się podnieść.
- Czemu?
- Co komu do jemu, a jemu do komu?-prychnąłem i zbliżyłem się o parę centymetrów do upatrzonej już zdobyczy, stojącej z boku grupy.
- Nie jestem dzieckiem i potrafię polować-odparła hardo Ember. Uniosłem brew i westchnąłem, wypuszczając kłąb pary. Nagle gdzieś zawrzała we mnie iskierka rywalizacji. Miałem nad nią zdecydowaną przewagę.
- Tak myślisz?-zadałem jej merytoryczne pytanie. Wadera odeszła na swoją pozycję. W tym samym momencie ruszyliśmy do ataku.
<Ember? Nigdy więcej SPOKOXD>

środa, 28 grudnia 2016

Od Layli CD Ari

Ari z zapartym tchem opowiadała mi o swoim dzisiejszym koszmarze. Słuchałam go w milczeniu, co jakiś czas kiwając nieznacznie głową. Ostatnio w stadzie działo się dużo dziwnych rzeczy, ale taki paradoks jest już niedorzeczny. Ten sen nie mógł mieć większego znaczenia, przynajmniej dla dobra doliny i mojej rodziny. Uniosłam brew i gdy skończyła, odparłam:
- Ten sen musiał byś dość...nieprzyjemny, ale wątpię, by miał większe znaczenie. Zwykły koszmar.-ale wadera nadal upierała się przy swojej wersji. Wzdychając, zaproponowałam jej:
- Znam jedno miejsce, które może się z tym wiązać-chyba zapomniałam dodać ,,i nie mam zamiaru go oglądać". Ale było już za późno. Po godzinie dotarłyśmy nad Ostatni Klif. Słyszałam niemrawy szum morza, przymarzniętego do brzegu. Przełknęłam ślinę, zatrzymałam się i odwróciłam tyłem do niego. Ari zdziwiona spojrzała na mnie. Boisz się masy wody?
- Idź, idź-powiedziałam ponaglająco. Wilczyca ruszyła dość niepewnie i stanęła nad krawędzią.
- Widzisz coś?-spytałam, zaciskając powieki.
<Ari? Uraz psychicznyXD>

Od Minerwy- "Dotyk przeznaczenia" cz.1

Obudziły mnie jakieś hałasy, więc uchyliłam lekko oczy, żeby zlokalizować ich źródło. Mój partner, Demon, starał się właśnie jak najciszej wtoczyć do naszej jaskini średniej wielkości jelenia, idealnego dla naszej dwójki.
- Już się nie męcz, obudziłam się- powiedziałam, wstając, podchodząc do niego i pomagając mu.
- A niech to, a liczyłem, że uda mi się zrobić ci niespodziankę- powiedział trochę niezadowolony.
- I zrobiłeś.
- Ale myślałem, że zaskoczę cię, kiedy już wszystko przygotuję- dodał. Nic nie odpowiedziałam. Zajęliśmy się przygotowaniem śniadanie, które zamierzaliśmy zjeść we dwoje. Wtem, zupełnie niespodzianie, odwiedziła nas Prim. Bardzo się z tego powodu ucieszyliśmy i oczywiście zaprosiliśmy na śniadanie. Zjedliśmy je w prawie takim samym składzie, jak kiedyś, brakowało jedynie Delli. Jednak ona miała teraz ręce pełne roboty jako zwiadowczyni, gdyż ostatnimi czasy na terenie doliny działy się dziwne rzeczy. Po śniadaniu trochę jeszcze rozmawialiśmy, potem Prim musiała pójść.
- Może przejdziemy się na spacer?- zasugerował Demon, a ja ochoczo się zgodziłam. Wyszliśmy na zewnątrz. Demon zatrząsł się z zimna, na mnie zaś niska temperatura nie zrobiła żadnej różnicy. W końcu urodziłam się we Włoszech. Podobno kiedyś było to niezwykle ciepłe miejsce, zimy były łagodne. Jednak ludzka działalność dała o sobie znać i od dobrych kilkuset lat zimy były coraz mroźniejsze. W porównaniu z tym, zima w Dolinie Silver była tak naprawdę latem. Szliśmy wolnym krokiem, promienie słońca odbijały się w śniegu, co robiło niesamowite wrażenie. Wszędzie dookoła było biało, świat wydawał się taki piękny, cudowny!
- Życie jest piękne- powiedziałam, biorąc głęboki wdech.
- Jesteśmy razem już tak długo, a ty cały czas mnie zadziwiasz. Jest zimno, starzejemy się, w stadzie są jakieś kłopoty, a ty wyciągasz takie optymistyczne wnioski.
- Mi nie jest zimno. A ma się tyle lat, na ile się czuje. W związku z tym, ja jestem młodą, dwuletnią waderą, a ty starym, zrzędliwym basiorem- odparłam.
- Jak nasz emerytowany samiec beta?- Demon zaśmiał się. Ja też.
- To nie jest zabawne. Stracił partnerkę i dwoje dzieci- powiedziałam.
- Nina odeszła...
- Co nie zmienia faktu, że ją stracił. Bo raczej już nie wróci- odpowiedziałam, a między nami zaległa cisza. Demon chyba myślał nad tym, co powiedziałam. Ja zaś podziwiałam piękno świata i śmiałam się w duchu z ludzi, którzy zamiast spróbować go naprawić, niszczyli jeszcze bardziej. Najmądrzejsze istoty, stojące na samym szczycie łańcucha pokarmowego itd. itp. Tymczasem większość zła, wiele zniszczeń, chorób, to właśnie ich sprawka. I mutanty... Wtem moje przemyślenia przerwały dziwne dźwięki. Zarówno ja, jak i Demon, podskoczyliśmy i zaczęliśmy się gorączkowo rozglądać. Byliśmy w okolicy bagien. Skierowaliśmy się w stronę, z której dochodziły hałasy. Powietrze wypełnił nieprzyjemny smród. Doszliśmy do jakiejś skały. Za nią znaleźliśmy resztki czyjegoś posiłku. Sądząc po pozostałościach, musiał to być kiedyś sporej wielkości jeleń. Demon podszedł bliżej, aby dokładniej wszystko zbadać. Mnie zaś wmurowało i nie mogłam się ruszyć. Mój partner sprawdzał teren, po czym odwrócił się w moją stronę. Na chwilę zastygł z wyrazem przerażenia na pysku.
- Za tobą!- krzyknął, a ja odwróciłam się i ujrzałam najdziwniejszego, najobrzydliwszego mutanta, jakiego kiedykolwiek widziałam. Miał ogromne oczy, mnóstwo długich kłów. Podobnego widziała chyba kiedyś Alien. Przynajmniej tak słyszałam. Został nazwany Kaban. Rzucił się w moją stronę, a ja zrobiłam zgrabny unik. Demon rzucił się mi na pomoc. Walczyliśmy, angażując wszystkie siły. Gryźliśmy i drapaliśmy na wszystkie strony, zadawaliśmy jak najwięcej ran, starając się jednocześnie unikać ciosów mutanta. Udało mi się wskoczyć na grzbiet mojego partnera, a z niego na Kabana. To dawało ogromną przewagę. Demon atakował od dołu, ja od góry. Mutant coraz bardziej słabł. Nagle zmobilizował wszystkie swoje siły i mocno wstrząsnął grzbietem, próbując mnie zrzucić. Udało mu się to, bo nie przewidywałam, że ma jeszcze tyle siły. Spadłam i wylądowałam u łap tego stwora. On przyszykował się do ataku, zrobiłam kolejny unik, ale tym razem nie do końca udany. Kaban nie trafił mnie w szyję, ale w przednią łapę. Mocno ugryzł. Przerażenia, które w tamtym momencie poczułam, nie da się opisać słowami. Poczułam się, jakby ktoś właśnie podpisał wyrok śmierci. Mojej śmierci. W końcu każdy wie, co powoduje ugryzienie mutanta. Leżałam i nie byłam w stanie się podnieść. Tępym wzrokiem obserwowałam moją ranę, z której obficie lała się krew. Usłyszałam ryk wściekłości. Spojrzałam na walkę, którą nadal toczyli między sobą Kaban i mój partner. To właśnie on się tak zezłościł. Mutant, widząc, że jest na przegranej pozycji, rzucił się do ucieczki. Było to dziwne, bo te stwory nie potrafią myśleć i zazwyczaj walczą do końca. Demon stracił zainteresowanie Kabanem i podbiegł w moją stronę. To była ostatnia rzecz, jaką zapamiętałam.
~~~~Nieokreślony czas później~~~~
Zaczęłam się powoli budzić. Nie wiedziałam, gdzie jestem. Ani jak długo tutaj przebywam. Umarłam? Nie, to niemożliwe. Gdybym nie żyła, nie czułabym bólu. A łapa boli mnie aż nazbyt wyraźnie- pomyślałam, otwierając oczy. Byłam w jakiejś jaskini.
- W końcu się obudziłaś!- zawołał Demon, podchodząc do mnie.
- Mama się obudziła!- usłyszałam głos Prim, która także do mnie podeszła.
- Powiem Delli, czeka na zewnątrz. I niech zawoła Reyna- dodała i wybiegła z jaskini.
- Co się stało?- zapytałam.
- Zostałaś ugryziona przez mutanta- powiedział po chwili Demon. O nic więcej nie zdążyłam już zapytać, gdyż do jaskini wbiegły moje obie córki, a za nimi wszedł Reyn. Odkąd odeszli emerytowany samiec alfa i Asami, był jedyną osobą zajmującą się leczeniem innych. Zmienił mi bandaże, trochę porozmawiałam z innymi.
- Właściwie, to czemu...- zaczęłam.
- ...nie zmieniłaś się w mutanta?- dokończył za mnie Reyn.
- Właśnie, dlaczego tak się stało?- zapytała Della.
- Nie wiem- Reyn wzruszył ramionami.
- Widocznie ślina nie wszystkich mutantów tak działa. To by jednak zmieniło nasze podstawowe założenia dotyczące mutantów.
- To bardzo dobrze, że te "podstawowe założenia dotyczące mutantów" okazały się fałszywe. Dzięki temu żyjesz i nie zmieniłaś się w jednego z tych stworów- powiedział Demon.
- Ale to dość dziwne. Trzeba się będzie jeszcze nad tym zastanowić- dodałam.
- Dokładnie, ale zostaw to nam. Ty musisz na razie jak najwięcej odpoczywać. W związku z tym, wszyscy się żegnamy i wychodzimy- powiedział Reyn. Pożegnałam się z bliskimi. Oni wyszli, a ja poszłam spać.
~~~~Kilka tygodni później~~~~
Dziś już mogłam wyjść z jaskini medyka i wrócić do własnej. Jedynie w razie jakichkolwiek nieprawidłowości miałam zgłosić się do Reyna.
- Poczekaj, pomogę ci- powiedział Demon, gdy wychodziliśmy z jaskini.
- Nie potrzebuję twojej pomocy!- zawołałam, wyszarpując mu się.
- I w ogóle, po co wy tu wszyscy przyszliście? Sama dałabym sobie radę wrócić do domu- powiedziałam.
- Martwiliśmy się o ciebie, mamo- odparła Prim. Prychnęłam z irytacją, nie mogąc znaleźć nic sensownego do powiedzenia.
- Ostatnio zachowujesz się jakoś dziwnie. Jesteś strasznie pobudzona i agresywna- powiedział Demon.
- Coś ci nie pasuje?!- warknęłam w jego stronę.
- Nie, wszystko gra! Nie licząc tego, że mojej partnerce odbija, jest super!- krzyknął.
- U mnie tak samo! Nie licząc tego, że zostałam zaatakowana i ugryziona przez mutanta, jest super!
- Mamo, tato, dajcie spokój- Della próbowała załagodzić sytuację.
- To wy mi dajcie spokój- odparłam. Resztę drogi do jaskini przeszliśmy w ciszy.

Od Ari CD Layla

Nie musisz mi dziękować-odparłam posyłając Layli lekki uśmiech. Potem skierowałam się na łąkę. Położyłam się i spoglądałam na gwiazdy jednak po czasie zasnęłam. Obudziłam się na tratwie która tkwiła na środku oceanu. Ktoś jest?- zapytałam się jednak nikt mi nie odpowiedział tylko było słychać szum wody. Jeszcze tak stałam aż uwidziałam w wodzie dziwny kształt jakby potwora. Nagle wyskoczył potwór i wciągnął mnie do wody. Po czasie się przebudziłam na łące było już rano.
-Oh to tylko był sen- powiedziałam z wielką ulgą. Wstałam i pobiegłam do Layli by opowiedzieć swój straszny według mnie sen.
<Layla? sory, że dopiero teraz>

Od Ember CD Heaven

Layla zostawiła nas samych. Ciągle nie doszło do mnie to co się przed chwilą stało. Byłam pewna,że miało to związek z czymś dawnym ale nie do końca byłam pewna z czym. Albo raczej w ogóle tego nie wiedziałam. Mieszkałam tu w końcu od wczoraj,a moja mama też nie mieszkała tu od początku i nie była tutaj długo. Spojrzałam na basiora.
- Ember.
- Heaven. Oprowadzić cię? - spytał. 
- Layla już to zrobiła, ale tylko w połowie - uśmiechnęłam się. 
<Heaven?>

Od Layli CD Ember

- Pomóc w czymś?-spytałam suczkę, która krążyła niezdecydowana przed wyjściem z jaskiń. Odwróciła się i spojrzała na mnie.
- Właściwie, to tak. Nie znam jeszcze tutejszych terenów i...
- Nie ma sprawy!-przerwałam jej i wyszłam z cienia rzucanego przez wystającą skałę. Biel, którą pokrył się świat, aż kłuła w oczy, lecz miękkość śniegu pod łapami od razu łagodziła pierwsze wrażenie.-W zimie wiele rzeczy wygląda podobnie. Oprowadzić cię?-spytałam nieco ciszej, oczekując odpowiedzi i grzebiąc łapą w śmietankowym, zabrudzonym ziemią i kamieniami puchu.
- Jeśli masz czas-odparła. Bez słowa ruszyła do przodu i skinieniem głowy dałam znak, by szła za mną. Wzdrygnęłam się, kiedy przechodziłyśmy obok zamarzniętej, gładkiej tafli. 
- Co to?-zadała pytanie nieznajoma. Odwróciłam wzrok i westchnęłam.
- Nic ważnego-przyspieszyłam tempo. Moje serce również. Odwiedziłyśmy najpierw stary wąwóz i polanę początku. Byłyśmy właśnie w ogrodzie światłości, podziwiając sporą altanę, kiedy znów spytała:
- Jak się nazywasz?
- Layla-odpowiedziałam prosto.
- Ember. Długo tu mieszkasz?-spytała po namyśle.
- Od urodzenia. Jako emerytowana Alfa.-suczka wybałuszyła oczy, jakby miało to jakieś ogromne znaczenie. Wzdychając, wciągnęłam w nozdrza świeże, czyste, ostre powietrze, gdy wyczułam w nim jakiś znajomy zapach. Zaczęłam skradać się w stronę jego źródła, i powoli posuwałam się w głąb wschodniego lasu. Śnieg stanowił wspaniałą osłonę, Ember szła wolno za mną. Wylądowałyśmy na jakiejś małej polance. Na zwalonym pniu leżał mój syn, Heaven. Jego oczy, na wpół przymknięte, ciało w kompletnym bezruchu...Mokre od kropelek wody ciało Jordana...Strużka krwi uczepiła się mojego pazura. Chwyciłam się za czoło łapą i upadłam. Nie miałam siły się temu oprzeć. To wracało.
- L-Layla, nic ci nie jest?!-krzyknęła zaniepokojona suczka. Tymczasem Heav nas zauważył i bez wahania podbiegł do mnie z lękiem. 
- Matko!-zamknęłam oczy i z całej siły pchnęłam przeszłość w głąb. Przeszedł mnie dreszcz, ale poderwałam się i szybko otrzepałam. 
- Witaj-powiedziałam do niego przyjaźnie i położyłam swoją łapę na jego barku. Basior uśmiechnął się z ulgą.
- Muszę już iść. Zostawiam was samych-zagłębiłam się w krainę śnieżnych zasp.
<Ember?>

Od Ember

Minął dopiero dzień odkąd dołączyłam do Stada Białego Kruka. Spotkałam już się z Alfą,otrzymałam,a raczej wybrałam stanowisko zwiadowcy,znalazłam sobie jaskinię i poczułam się jak w domu. A raczej czułabym się gdyby nie to,że nie ma tu ze mną mojej mamy. Jednak pocieszał mnie fakt,że mieszkała tu kiedyś. Ten dzień był o dziwo ładny. Wstałam dosyć wcześnie,zjadłam coś i postanowiłam wyjść na przechadzkę. Jednakże ledwo wyszłam z jaskini i zrobiłam kilka kroków a już...zawróciłam do siebie. W końcu gdzie miałam się przejść jak nie znałam terenów? 
- Pomóc w czymś? - usłyszałam jakiś głos za plecami.
<Ktosiek?>


~Rezerwacja od Alfy

Nowa samica!

(Loki powraca)
Ember
~~~
Zwiadowca

wtorek, 27 grudnia 2016

Od Kiry CD Blood

Zamilkłem. Kto jak kto, ale nawet ON namawia mnie do powrotu? Niedoczekanie.
- Masz, zjedz, a potem wracaj, skąd przyszedłeś- powiedział, rzucając mi pod nogi kawałek mięsa. Nawet na to nie spojrzałem. Prychnąłem tylko, odwróciłem się na pięcie i poszedłem w swoją stronę. Ja łaski nie potrzebuję- pomyślałem, oddalając się coraz bardziej w mrok, który zaczął otaczać świat. Robiło się coraz ciemniej i zimniej. Nie byłem już przynajmniej głodny, bo zdążyłem chwilowo zaspokoić głód zdobyczą Blood'a. Szedłem przed siebie z pustką w głowie. Wiedziałem, że muszę znaleźć kryjówkę, ale gdzie? Jaką? Kopalnia od razu odpadała. Po pierwsze: Blood. Po drugie: tam pewnie już mnie szukają. Gdy tak szedłem, dotarłem do Starego Wąwozu. Postanowiłem iść wzdłuż niego. Po jakichś kilkunastu metrach byłem już naprawdę zziębnięty i przemęczony. Nagle poślizgnąłem się i spadłem w dół. Podniosłem głowę i rozejrzałem się. Spadający śnieg zaczął przybierać na sile. Chciałem wstać, ale biały puch, na który spadłem, wydawał się tak cudownie miękki. Może i zimny, ale nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że jest to po prostu chłodna poduszka. Mimo zimna, przymknąłem na chwilę powieki, a gdy je otworzyłem...usłyszałem jakieś krzyki. Nie wiedziałem, co się dzieje. Nic nie czułem. Po chwili zdałem sobie sprawę, że to wszystko dlatego, iż prawie całe moje ciało zdrętwiało z zimna. Strzepnąłem z siebie cały śnieg, który mnie pokrył, gdy spałem. Spróbowałem wstać, ale zdrętwiałe do reszty łapy pozwoliły jedynie na ułożenie się w pozycji na wpółleżącej. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że słyszę jakieś dziwne głosy. Oszalałem!- moja pierwsza myśl. Ale zaraz potem dźwięki zaczęły przybierać na sile i gdy wystarczająco wytężyłem mój słuch, zdołałem zrozumieć słowa i rozróżnić głosy. Tak, słyszałem kilka głosów, nie wszystkie znałem, ale byłem w stanie odróżnić głos ojca i matki. Szukają mnie!- dotarło do mnie, a zaraz potem do moich uszu dobiegł kolejny krzyk: Kira! O nie, spadam stąd!- pomyślałem i rzuciłem się do ucieczki, ale moje zdrętwiałe ciało miało inne plany. Przewróciłem się i wylądowałem w śniegu. Zrozumiałem, że nie pobiegnę od razu. Najpierw musiałem spróbować rozruszać swoje łapy. Miałem tylko nadzieję, że mnie w międzyczasie nie znajdą. W końcu, po kilku minutach, mogłem już powoli iść, a po następnych kilkunastu biec. Ruszyłem w kierunku przeciwnym do krzyków. Musiałem też przy okazji wydostać się z wąwozu. Biegłem tak szybko, na ile tylko mogłem sobie pozwolić. Po jakimś czasie moją uwagę przykuł stary, powalony pień. Mógłbym wspiąć się po nim i wyjść, problem jednak polegał na tym, że był on niesamowicie oblodzony. Próbowałem kilkaset razy, ale wszystko na nic. Zrezygnowany, położyłem się obok. Przeleżałem tak kilka minut. Nic już nie było słychać, oprócz wyjącego wiatru. Podniosłem głowę w górę i zamarłem ze zdziwienia. Powoli podniosłem się i uważniej przyjrzałem ścianie wąwozu. Wzrok mnie jednak nie mylił, jaskinia! W górze, zaraz obok przewalonego pnia. Lekko zasypana śniegiem i ukryta za oblodzonymi korzeniami jakiegoś drzewa. To dodało mi sił. Spróbowałem raz jeszcze i udało mi się dojść do połowy, ale potem znów spadłem. Za drugim razem wspiąłem się do końca, ale zleciałem w czasie przechodzenia z pnia do jaskini. W końcu, za trzecim razem, jakoś mi się udało. Do trzech razy sztuka- pomyślałem, starając się wygarnąć z mojego tymczasowego lokum jak najwięcej śniegu. Potem ułożyłem się w głębi jaskini w kłębek. Zasypiając miałem nadzieję, że nic sobie nie odmroziłem.
~~~~Następnego dnia~~~~
Gdy się obudziłem, nie miałem na początku pojęcia ani gdzie jestem, ani co tu robię. Kiedy już sobie wszystko przypomniałem, poczułem głód. Wygramoliłem się z mojej jaskini i zeskoczyłem na miękki śnieg, który tak zamortyzował mój skok, że prawie nic nie poczułem. Jedzenie. Spojrzałem do góry i wtedy zdałem sobie sprawę, jaką gafę popełniłem. Musiałem przecież wydostać się z wąwozu. Zajęło mi to sporo czasu, ale w końcu się udało. Ruszyłem na poszukiwania pożywienia. Po kilku godzinach bezowocnych poszukiwań, wytropiłem zająca. Był zupełnie sam. Łatwy cel. W dodatku miałem już strategię. Wspiąłem się na skałę, z której skoczyłem na moją ofiarę. Zając nawet nie zdążył zauważyć, że jest atakowany, a już był martwy. Cieszyłem się moją pierwszą samodzielnie upolowaną zdobyczą jak dziecko, którym jednak już nie byłem. O nie, teraz byłem samotnym buntownikiem zdanym tylko na siebie oraz łaskę i niełaskę matki natury. Zatopiłem kły w jeszcze ciepłym ciele ofiary, jednocześnie bacznie obserwując okolicę. Samotny wilk zawsze musi mieć się na baczności. Wtedy też poznałem to miejsce. Dokładnie tutaj poznałem się z Blood'em i tutaj narodził się nasz konflikt. A zaczął się od głupiej, szczeniackiej zaczepki. Właściwie to całkiem zabawne, że zapolowałem na królika w taki sam sposób, w jaki kiedyś skoczyłem na pewnego czarnego basiora.
- I znowu się tu spotykamy- usłyszałem w chwili, gdy spojrzałem za siebie i zobaczyłem go.
<Blood?>

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Od Heavena CD Echo

- Aaaaaaaaa!-wpadłem w sam środek kręgu otaczającego krwawiącą wilczycę, machając zaciekle płonącym kawałkiem drewna. Ogień syczał wściekle, parząc przeciwnikom nosy i uszy. Dzięki temu trzymali się na odległość, ale wiedziałem, że nie mamy dużo czasu.
- Echo, wstań!-szturchnąłem ją mocno. Wadera rozejrzała się i szybko poderwała się. Pobiegliśmy przez korytarze, nie bacząc na podążający pościg, zbliżający się w niebezpiecznym tempie. Paliłem za sobą wszystko, czym mógł zająć się ogień: urządzenia wybuchały z hukiem, szmatki i ścierki zwijały się w czarne ruloniki. Przeżyć. Tylko to się liczy-motywowałem się tą myślą do dalszego biegu. Ale moje ciało nie było w stanie tego przetrwać. Błądziliśmy po nieskończonych korytarzach. Słyszałem głośne bicie serca. Ruszałem łapami mechanicznie, szarpiąc głową na wszystkie strony z nieznanego mi powodu. Zacząłem mieć mroczki przed oczami, ale mimo wszystko trzymałem mocno w pysku płonące zarzewie. Widziałem tylko, jak na zwolnionym filmie, odwrócony pysk Echo i jej przerażone spojrzenie. A później coś nagle mnie poderwało i znalazłem się na grzbiecie pędzącej, czarnej wilczycy. Zacisnąłem zęby na drewnie mocniej, nie pozwalając, by płomień dosięgnął jej futra. Było mi duszno.
- Tam...! Łapać tych...!!!-słyszałem za nami rozwścieczone głosy. Nie trać świadomości, bo stracisz życie-pomyślałem. Podziałało momentalnie. Silniej chwyciłem zarzewie i wtem wadera wydała niemy okrzyk radości. Przed nami znajdowały się otwarte drzwi, a za nimi już tylko ciemny, granatowy firmament i gąszcz burych namiotów. Wypadliśmy przez nie. Dopływ świeżego powietrza sprawił, że od razu poczułem się lepiej. Zamiast leżeć bezwładnie, podniosłem się lekko, i zacząłem machać drewnem na wszystkie strony, wzniecając pożary w niemal każdy z namiotów. Lecz Echo także miała już dość, i stopniowo zwalniała. Wokół rozlegały się przerażone krzyki i hałasy, które raniły moje uszy, a warki i tupot łap zbliżały się nieubłaganie. To zależy już tylko ode mnie-ciążyła na mnie teraz odpowiedzialność za naszą udaną ucieczkę. Ostatnim wysiłkiem zwiotczałych mięśni stanąłem na grzbiecie galopującej wilczycy, ledwo utrzymując równowagę. Akurat zbliżaliśmy się do ogromnej, ale niskiej furtki. Gdy byliśmy tuż pod nią, uniosłem pyszczek jak najwyżej i w jednej chwili objęły ją jasne płomienie, pryskając iskrami. Za to wokół mnie zapadła ciemność.
~W nieokreślonym miejscu i czasie~
- H...Heaven, proszę, obudź się-usłyszałem jakby przez mgłę zaniepokojony, znajomy głos. Otworzyłem powoli oczy i wpatrywałem się przez chwilę w drżącą Echo. Poczułem, jak mróz przenika mnie i skuliłem się. Leżałem pod sporym drzewem na śniegu. Nie miałem pojęcia, gdzie jesteśmy. Nadal nie do końca do siebie doszedłem.
- Heaven, słyszysz mnie?-wadera zamachała mi łapą przed oczami.
- Tak...-odparłem słabo. Nagle gdzieś z mroku wyłoniło się dwoje pomarańczowych, wściekłych, zwężonych oczu wpatrujących się w nas z mroku.-Echo, w tyle!-wrzasnąłem nagle, by ją ostrzec.
<Echo? No cóż to może być...>

Od Echo C.D Heaven

Ciemność, ciemność, ciemność
Nagle oślepił mnie blask światła i przez kilka sekund, widziałam jedynie biel. Szybko jednak zdałam sobie sprawę, że nadal znajduję się w metalowej klatce. Musiałam być tu już od dłuższego czasu, bo wiele rzeczy w wielkiej sali się zmieniło.
- Heaven... - Szepnęłam cicho, przyduszając swój pyszczek do boku klatki, żeby usłyszeć odpowiedź szczeniaka. Ale nic nie usłyszałam. O nie! Jak coś mu zrobili, to Layla mnie zabije! O ile, pierw nie zabiją mnie te tutejsze typki, co było bardzo prawdopodobne. Szarpnęłam mocno głową, a moja klatka przesunęła się w bok. Spróbowałam jeszcze raz, aż moja klatka, uderzyła o klatkę Heavena. Ale nadal nie usłyszałam od niego żadnych oznak życia.
- Ej! Mała, ten malec został zabrany przez Morgana!
Wyjrzałam przez kraty i zobaczyłam czarnego wilka, który rechotał jak żaba. Zmrużyłam oczy, przyglądając mu się. Chyba nawet najgłupszy mutant, wiedziałby, że jestem wściekła. Parsknęłam, a jej oczy zalśniły. Znowu potrząsnęłam klatką, chcąc się uwolnić i rzucić do gardła basiorowi.
-Nigdy nie mów do mnie MAŁA!
-Hahaha! Widzę, że się zezłościła. - Zaśmiał się i szturchnął wilka, który stało obok niego. On pokiwał głową i zarechotał. Ja tylko pokręciłam głową. Tacy już są samce... Zagłębiłam się dalej w klatkę, która była sporej wielkości i zaczęłam wpatrywać się przez szpary. Szukając ratunku. Czegoś co pomoże.
I jakby był to dar od niebios, usłyszałam kroki, a nadzieja do mnie powróciła. Jak blask słońca, podczas długiej ulewy. Podniosłam się i podeszłam bliżej wejścia. Moje trybiki w głowie zaczęły pracować, szybko obmyślałam plan ucieczki i uratowania Heavena. Ten grubas wszedł znowu do sali i ukucnął przy mnie. W ręku trzymał żelazny łańcuch. Dwoje wilków zaczęły szczekać, żeby mnie nie wypuszczał, ale było za późno. Nawet się nie zorientował, kiedy śmignęłam obok niego, zauważając drogę ucieczki. Siła. Nie, to na pewno nie mój atut. Szybkość. Tym mogę się pochwalić.
Biegłam szybko przez korytarz, kiedy coś na mnie skoczyło i walnęło w bok. Poczułam przeszywający mnie ból, aż zacisnęłam mocno szczęki. Napięłam mięśnie, chcąc skoczyć, ale coś mnie mocno trzymało.
-Widzę, wredna s*ka chciała uciec. - Nigdzie nie pomylę tego wężowego głosu. Morgan! Warknęłam słysząc tą obelgę, a następnie spróbowałam się przekręcić w bok, ale nadal byłam silnie trzymana. Poczułam kolejny ból, tym razem w okolicach gardła. Czerwona kropla spłynęła po mojej mordce. Napastnik odskoczył na bok i myślałam, że jestem wolna, ale otoczyły mnie wilki. Każde z chcącymi mordu oczami i znakami na ciele. - To cię czegoś nauczy...

<Heaven? Mamy przy sobie, chociaż optymizm Echo! XD>


Od Heavena CD Samael

- Twoja rola się skończyła. Wyjdź-powiedziałem z zimnym naciskiem.
- Heaven...
- Wyjdź!-powtórzyłem głośniej. Miałem już serdecznie dość podejrzliwości basiora, miałem więcej problemów na głowie niż niezadowolony emerytowany samiec Beta. Duncan wyszedł stąpając sztywno i warcząc wyraźnie do ogiera.
- Wróćmy do tematu. Nie wydaje mi się, aby ich rozmowa miała jakiś większy sens. Być może po prostu odpierali jego atak. Co do samego węża...Jest to dość niepokojące. Pomyślę nad tym. Ale bądźcie czujni. Zlecę komuś monitorowanie tej jamy. A teraz uznaję naradę za skończoną-i wyszedłem bez słowa, zostawiając wszystkich. Zanim wróciłem do siebie, załatwiłem jeszcze Reynę do pilnowania pieczary mutantów. Pewnie szybko pozbędziemy się tych monstrów. Ułożyłem się spokojnie na podłożu jaskini. Sen już mnie kusił, kiedy nagle usłyszałem tupot czyichś łap. Uchyliłem jedno oko i ujrzałem moją babcię, Ice. Wyglądała na co najmniej zmartwioną.
- Heav, posłuchaj...Czemu nie wychodzisz stąd?-rozejrzała się wymownie po ścianach pomieszczenia. Przewróciłem oczami i odparłem:
- O czym ty mówisz? Nie, nie mam depresji. Dobrze mi tu i tyle. Idź zając się swoimi sprawami, babciu.-Ice pokręciła powoli głową.
- To nie jest dobre. Zamykasz się przed innymi. Przed sobą też. Powinieneś znaleźć sobie kogoś, komu będziesz mógł się poświęcić, wiesz?-zaśmiała się cicho na koniec.
- Co?! Naprawdę, daj mi już spokój, hyh.
- Jak chcesz. Przemyśl to-babcia posmutniała i wyszła. Natychmiast zasnąłem, by odsunąć od siebie tę niewygodną rzeczywistość.
~Kilka dni później~
Przechadzałem się, jak zazwyczaj, po lesie. Wszystko pokryło się grubą warstwą krystalicznie białego, trzeszczącego puchu. Niebo było lekko zachmurzone, a blade słońce nie dawało ani ciepła, ani dość światła. Wyjątkowe zimno przenikało wgłąb mojego ciała. Planowałem zakończyć już ten krótki spacer, gdy tuż przed moim nosem pojawił się jakiś spory, naziemny ptak. Zacząłem go gonić zawzięcie, a ofiara z równym uporem uciekała. Nawet nie zauważyłem, kiedy śnieg stał się jakiś bledszy i pokryty obficie czarnymi plamami. W końcu kurak zatrzymał się i oszołomiony zaczął kopać na wszystkie strony, jakby zwariował. Dziobnął trochę puszystej, biało-czarnej masy i zaczął się krztusić. Zostawiłem go w spokoju i z przerażeniem spojrzałem na swoje łapy. Na szczęście nie ucierpiały, dotykając skażonego śniegu. Rozejrzałem się i zobaczyłem istne dziwy: szaro-czarne zaspy pokryte lepką mazią, drzewa z odpadającą, burą korą. Wszystko otrute. Zero zwierzyny. Przecież ten teren jest skażony...A niedaleko stąd jest jaskinia mutantów-uświadomiłem sobie dopiero po chwili, co się dzieje. One zatruwają dolinę! Należało szybko ostrzec stado.
- Alfo!-usłyszałem krzyk i na środek lasu wpadła zdyszana Reyna-Och...widzę, że zauważyłeś już skutki ich przebywania tu. One zabierają do siebie zwierzęta, nie zabijają ich, ale wnoszą do swojej siedziby.
- Dziękuję ci za te informacje. A teraz chodźmy do jaskiń.-ruszyłem raźnym krokiem w stronę domu.
~W jaskini narad~
- Stanowią dla nas zagrożenie. Musimy podjąć jakieś kroki.
- Na lotnisku blisko City End znajduje się sporo materiałów wybuchowych.
- Nie możemy. Jaskinia się zapadnie, powstaną spore wstrząsy, skały mogą odpaść. To zbyt duże ryzyko, ale musimy coś z nimi zrobić.
- Pozostaje tylko otwarta walka.-dodał Archer.
- Nasze zapasy się kurczą. Nie mamy wystarczająco oręża. Ale to jedyne wyjście-na szczęście nie było z nami Duncana, lecz sytuacja była krytyczna. Mutanty skaziły już połowę części zachodniej doliny, a postępowały dalej. I to wszystko waliło się oczywiście na mnie.
- Samael!-zawołałem. Echo odbiło się przez korytarz i po kilku minutach stał przede mną rosły ogier.
- Doszły nas słuchy, że mutanty zabierają do siebie zwierzęta, nie zabijając ich. Nie mamy jednak pojęcia, co z nimi robią. Na dodatek powodują, że dolina umiera. Musimy się dowiedzieć, kim są i jak je powstrzymać. Chciałbym, byś poszedł z nami do ich kryjówki i pomógł oszacować, w jakim są położeniu.
<Samael? Heav to tak zawsze oficjalnieXDD>

Od Samaela CD Heaven

Mój bieg nie trwał długo. Stwory najwyraźniej nie spieszyły się, gdyż po zaledwie paru minutach galopu dostrzegłem ich karykaturalne, lecz makabryczne sylwetki. Zwolniłem kroku i odbiłem delikatnie w lewo, gdzie krzewy rosły gęściej i zakrywały mnie prawie całkowicie. Teraz kroki stawiałem ostrożnie. Prawie, że nazbyt, gdyż skupiłem się na cichym przemieszczaniu tak bardzo, że aż zapomniałem śledzić wzrokiem moich dwóch celów co znacznie przybliżyło mnie do nieplanowanego zakończenia "pościgu". W pewnym momencie mutanty zatrzymały się. Jeden z nich stanął na tylnich łapach i zawył, a raczej zacharczał złowrogo. Gdy przeciągły skowyt ustał, przez chwilę w lesie panowała cisza. Po upływie kilku minut do moich uważnych uszu dotarł dźwięk przypominający kroki. Bardziej jednak blisko mu było do czołgania. W krótce jednak miałem się przekonać, że stworzenie wydające ten odgłos ani nie kroczyło, ani nie czołgało się, lecz pełzało. Ogromny, ciemnozielony wąż o żółtych, pełnych nienawiści ślepiach powoli dążył do śledzonej przeze mnie dwójki. Ta wcale nie była przerażona tą nienormalnych rozmiarów gadziną, można by wręcz stwierdzić, że cieszyli się na jej widok. Jednak gdy wąż zbliżył się do stworów te wyraźnie skuliły się i wbiły wzrok w ziemię. Następnie doszło do krótkiej wymiany zdań, a raczej syków, warknięć i gulgotów pomiędzy monstrami. Oczywiście nic nie zrozumiałem z tej interesującej konwersacji. Uznałem, że wszystko warte podejrzenia i zapamiętania już zobaczyłem i nie było sensu w dalszym ukrywaniu się w krzakach. Czym prędzej, lecz przy okazji jak najciszej zawróciłem w kierunku jaskini, aby po chwili zdać raport z przeszpiegów. 
*
- Olbrzymi wąż? - zadał pytanie Heaven po chwili ciszy wywołanej moim zeznaniem. 
- Tak - odpowiedziałem. 
- Nonsens - usłyszałem znany mi już głos nieufnego basiora. - Mam uwierzyć jakiemuś bojaźliwemu koniowi, że mutanty spiskują z przerośniętym zaskrońcem?!
Nikt nie odpowiedział czarnemu wilkowi. Wszyscy jak jeden mąż wpatrywali się w Alfę oczekując od niego jakiejś reakcji. 
<Heaven?>

sobota, 24 grudnia 2016

Wesołych świąt!

Niech się karp ugości na waszych stołach,
I ciasto noszące ślady waszych rąk,
Czy tajemniczy gość zasiadł już przy stole?
Świeczki blask, dziwna magia, moc,
Opłatek przełamię i powiem:
Szczęścia, zdrowia, życia, w tę radosną noc,
prezentów jak z marzeń,
choinki kolorowej,
pierwszej gwiazdki z nieba,
śnieżycy białej,
Merry Christmas, every one!
Wesołych świąt!
W ten czas większość z nas zbiera się rodzinnie przy stole. Celebrujemy tą tradycję, cieszymy się z narodzin zbawiciela. I my-członkowie-zbierzmy się przy naszym blogu. Snujmy kolędy, piszmy opowiadania, i radujmy się. Dawajmy się. 
To chyba wszystko w temacie tego, czego wam życzę. Wylewna to nie jestemXD
Jak się można było spodziewać, nikt nie wziął udziału w konkursie. Ale nie macie się o co martwić, bo nie jestem zła. Będzie jeszcze szansa na zdobycie Gammy...w pierwszym życiu. Bez dalszej zwłoki, ja również mam dla was coś specjalnego. Dodatkowo, anuluję wszystkim jedno upomnienie. Wszyscy mogą mnie poprosić do 28 grudnia o wszystko: zmiany w formularzu, rzeczy wyjątkowe (dostępne jedynie dla aktywnych przez ostatnie 20 dni, zmiana płci, zajście w ciążę bez partnera itp.), oraz drobne upominki (zmiana stanowiska, dodatkowe stanowisko). I możecie mi wierzyć, że dostaniecie to, lecz tylko raz. Postanowiłam też usunąć spis-bez sensu, bo i tak wszyscy dobrze pamiętają, co i do kiedy powinni napisać. I jeszcze raz, duuuużo śniegu i Wesołych Świąt!
PS A to, by nam spadł:

1.Poprzez białe drogi,z mrozem za pan brat
  pędzą nasze sanie szybkie niby wiatr.
  Biegnij koniu gniady przez uśpiony las
  my wieziemy świerk zielony i śpiewamy tak:

Ref. Pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
  co za radość, gdy saniami można jechać w dal
  pada śnieg, pada śnieg, dzwonią dzwonki sań
  a przed nami i za nami wiruje tyle gwiazd.

2.Biegniesz biała drogo nie wiadomo jak,
  nie ma tu nikogo kto by znaczył ślad.
  Tylko nasze sanie, tylko szybki koń
  tylko gwiazdy roześmiane i piosenki ton.

~Mikołaj Alfa Heaven, Blood, Emerytowana Alfa Layla i Emerytowana Alfa Mikołajowa Ice

czwartek, 22 grudnia 2016

Od Heavena CD Echo

Wadera walczyła dzielnie z napastnikami, ale po dłuższym czasie zobaczyłem, jak powieki Echo pod uderzeniu ręki człowieka opadają, a ona sama osuwa się na podłogę. Bez tchu obserwowałem, nie czując nic, jak brązowy pupil człeka trąca ją łapą. Po tym gruby rozejrzał się trochę i wpakował wilczycę do o wiele większej klatki.
- Później się nią zajmiemy. A teraz należy się jemu-obejrzał się z błyskiem w oku w moją stronę. Przyklęknął przy mojej klatce i zaczął siłować się z zamkiem. Pragnąłem z całej siły walnąć go, ale ciepła krew nadal spływała mi po karku. Pulsujący ból nie dawał szans. Tymczasem człowiek pochwycił mnie i podniósł do światła. Z przerażeniem, bezradnie obserwowałem, jak napełnia strzykawkę ohydnym płynem. Pisnąłem i wbiłem pazury w jego rękę, głębiej, zaciskając łapę coraz bardziej. Mężczyzna krzywił się z bólu, ale o dziwo, nie powstrzymywało go to. Szarpnąłem mocno, potrząsając tym samym dłonią. Na chwilę igła odsunęła się od mojej szyi, aż nagle wbiła się niepostrzeżenie, kiedy nie patrzyłem akurat na nią.
- Auuu!-warknąłem i kopnąłem człeka resztką sił. Ciężko mi się oddychało. Poddałem się. Facet obwinął ranę gęsto bandażami, co zatamowało krwawienie. Ale wcale nie byłem mu wdzięczny. Jak tylko dowiedzą się rodzice, oni zniszczą to chore gniazdo szaleńców-pomyślałem. Wtedy na mojej szyi zacisnęła się zimna, metalowa obroża z zatrzaskami, do której przyczepiony był taki sam żelazny łańcuch. Krótko po tym wylądowałem na podłodze. Leżałem w bezruchu, gdy brązowy kojoto-pies chwycił za koniec liny i pociągnął mnie mocno. Muszą stracić czujność, zachowam nadal pozory-uśmiechnąłem się pod nosem. Przeciwnik warknął stanowczo i szarpnął jeszcze raz. Niechętnie podniosłem się na chwiejnych nogach. Wwierciłem we wroga wściekłe spojrzenie.
- Zabierz go do grupy-mężczyzna popchnął lekko swego sługę, który automatycznie zaczął prowadzić mnie wyglądającymi tak samo długimi korytarzami. Westchnąłem z irytacją. Ile jeszcze? Ledwie stanęliśmy przed jakimiś drzwiami, wówczas zacząłem zastanawiać się, dokąd mnie prowadził. Uchyliły się i nagle na progu pojawiły się dwa wielkie psy uderzająco podobne do wilka. Oba ze znakiem odwróconego krzyża na łapach.
- Nowy kolega! Dalej, pobawcie się z nim!-krzyknął ochoczo jadowitym tonem kojot i wrzucił mnie w centrum zbiegowiska. Nie zdążyłem rozejrzeć się po pomieszczeniu, bo nade mną zaraz pojawił się wianek zaciekawionych pysków; wszystkie młode i obłąkane. Czego chcą ci wariaci?! Mało im?! Mało?! Szybko wstałem i zadrapałem najbliżej stojącego z nich.
- Jauuu!-odskoczył, masując sobie nos.
- Świetnie się nadaje, nieprawdaż, Jenn?-powiedział ktoś inny.
- A jak!
- Niedługo się przyzwyczai. W końcu jest taki słodki!-wszyscy zaczęli prawić jakieś brednie, więc miałem szansę wymknąć się po cichu. Już dotarłem do drzwi, lecz biała suka złapała mnie delikatnie za kark.
- Nieładnie uciekać, zanim impreza się rozkręci-szepnęła i posadziła mnie znów tak, by wszyscy mogli mnie widzieć.
- Odwalcie się, palanci!-wrzasnąłem. Wilczyca pokręciła pobłażliwie głową i ignorując mój krzyk zwróciła się do zebranych.
- Nie ma cie wrażenia, że o czymś zapomnieliśmy?
- Yhym-odpowiedział chór-O ceremonii!-gwałtownie fala psów ruszyła w moją stronę i dwóch z nich, silnych, schwyciło mnie za kark i grzbiet. Unieruchomili mi prawą przednią łapę. ,,Przywódczyni" wytrzasnęła skądś ostry, błyszczący nóż. Z przerażeniem wbiłem w nią wzrok. Polizała koniec narzędzia z lubością i ruszyła w moją stronę. Muszę...! Rozpaczliwie szukałem drogi ucieczki, pomocy, pomocy. Czułem, jak szpony paniki zaciskają się na moim gardle. Tłum krzyczał. Ona się zbliżała. Z całej siły rozprostowałem tylną łapę i...trafiłem. Usłyszałem brzęk tłuczonego szkła i syk rozpalonego ognia.
<Echo? Jak u ciebie? ZadymaXD>

środa, 21 grudnia 2016

Od Echo

Otworzyłam powoli oko, a zaraz potem drugie. Było mi okropnie zimno. Zerknęłam w stronę wyjścia z jaskini i zobaczyłam oblodzone wejście. Zmarszczyłam nos i wstałam, przeciągając się. Nie czekając aż się w pełni obudzę, wyszłam pół przytomna z jaskini. Wszystko było pokryte cienką warstwą puchu, a w większości miejsc bez śniegu, był lód. Wystawiłam łapę przed siebie, a zaraz potem drugą, trzecią i byłam już cała na dworze. Mróz szczypał mnie w nos, a resztę ciała chroniło gęste futro. Moją matką była w końcu wilczyca polarna! Była... Potrząsnęłam głową, chcąc pozbyć się ponurych myśli.
I dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że moje łapy nie zapadają się w śnieg. Był całkowicie twardy, niczym kamień. Oh, jeszcze takiego mrozu nie widziałam. Postawiłam kolejne pewne kroki, aż zaczęłam iść przed siebie, kiedy potknęłam się i zaczęłam jechać przed siebie. Drzewa migotały mi przed oczami, bo jechałam z dużą szybkością. I pac! Wpadłam na zaspę tak mocno, że aż mnie łapy zaczęły poleć od uderzenia. Zatrzymałam się.
Moje oczy powędrowały raz na lewo, raz na prawo. Na około nie było drzew i to miejsce, wydawało mi się dziwnie znajome. Ale przez wszędzie leżący śnieg, nie wiedziałam co to za miejsce. Nagle coś z oddali krzyknęło:
-Hey! Co ty tam robisz, na środku jeziora?!
 Lśniących wód? Całe zamarzło przez ten mróz. Zaśmiałam się głośno, nie dowierzając swojej głupocie. Zaczęłam kopać łapami w śniegu, aż zobaczyłam warstwę lodu, a pod nią wodę. Podniosłam głowę i zobaczyłam z oddali, jakiegoś zapewne członka stada.
-Dużo opowiadać! - Odkrzyknęłam i otrzepałam się ze śniegu, kierując się do nieznajomego. - Jestem Echo.

<Nieznajomy ktosiu?>

Od Echo C.D Heaven

Zostaliśmy wpakowani do jakiegoś budynku, którego wnętrze było całkowicie białe. I ściany i podłoga, były białe jak śnieg, a nawet bielsze. Za to na środku, stał jakiś gruby facet. Nie miał włosów, a także nosił na sobie biały fartuch. Jego wzrok był straszny, przeszywający mnie od środka. W jego oczach było coś, przez co dostałam gęsiej skórki. Tu nie jest bezpiecznie. A do tego jesteśmy daleko poza terenami stada. Uratowanie nas graniczy z cudem! Ale przecież przechodzą niedaleko tego miejsca obrońcy i zwiadowcy. Mogą nas zauważyć, usłyszeć. Cokolwiek. Albo po prostu zobaczyć coś podejrzanego w tym miejscu. Ludzie byli okrutni, a zwierzęta, które były ich własnością, nie były zwierzętami. A jedynie marionetkami bez serca.
-Oh, witajcie! Widzę, że przyprowadziliście nowych przyjaciół! - Mężczyzna spojrzał na nas z chytrym uśmieszkiem. - Czujcie się jak u siebie!
Poczułam jak jeży mi się sierść na grzbiecie. Moje ozy błysnęły wściekłością, a uszy położyły się na głowie. Niech ten d*pek nie myśli, że będziemy ot tak sobie mu służyć i grzecznie pójdziemy do klatek. Albo ucieknę albo zginę tu i teraz. Miałam rzucić się wrogowi do gardła, kiedy ten wielki, czarny wilk nadepnął mnie na łapę. Parsknęłam jedynie i starałam się uspokoić. Będzie dobrze. Patrzyłam wrogo na grubasa, kiedy coś odepchnęło mnie w tył i rzuciło w podłogę. Rozglądnęłam się dziko, a widok rozgotował mi nerwy. Ten szczeniaczek planuje ich wszystkich pokonać. Świetnie.
Leżałam tak, patrząc jak Heaven wyskakuje z uścisku szczęk szarego wilka i uderza w ziemię. Mógłby w ten sposób uciec, ale zaczął mu krwawić kark. Nagle z cienia wyszedł jakiś inny, chudszy, mający ten sam fartuch co drugi, człowiek. Chwycił syna alf i wpakował do klatki. Wpakował go do klatki, gdzie będzie się wykrwawiał. Umrze!
-ON KRWAWI, NIE WIDZICIE DURNIE?! JESTEŚCIE BEZDUSZNI, GŁUPI! - Wrzasnęłam najgłośniej jak potrafiłam, jeżąc się i warcząc głośno. Zanim gromada zdążyła zorientować się, co się dzieje, już wbijałam zęby w czarnego wilka. Ten zaczął się wyrywać i szamotać, aż w końcu poleciał do tyłu, wpadając na drugiego wilka. Umarł, a drugi wygramolił się spod jego ciała. Zjeżył się i skoczył w moją stronę. Zrobiłam unik i skoczyłam w stronę otyłego człowieka. Chwyciłam szczękami jego nogę, ale coś mnie uderzyło od tyłu w głowę.
Zemdlałam.

<Heaven? 8)>

Od Blood'a CD Kira

Odłączyłem się od pochodu. Wsunąłem się między zasłony czarnego mroku, a one delikatnie otuliły mnie. Zaufałem im i pod ich osłoną wolnym krokiem podążałem, wsłuchując się w ciche, szeleszczące kroki. Przystanąłem by zlizać z łapy świeżą krew. Chyba nie zauważyłem jakiegoś kolca czy czegoś podobnego. Prychnąłem i ruszyłem dalej. Wkrótce wychyliłem pysk zza twardych, pokrytych szronem gałęzi. Przede mną znajdowało się wzgórze, oświetlone delikatną różową poświatą. Poczułem dziwny przypływ energii, niby mała iskierka, która zapala stos drewna. Postawiłem pierwszy krok na szczyt. Z każdym posunięciem zbliżałem się do wierzchołka wzgórza, a pejzaż odsłaniał się kawałek po kawałku. W końcu, gdy poczułem na sobie silny podmuch powietrza, stanąłem i oniemiały podziwiałem widok z góry. Rozpościerała się przede mną duża część doliny: zachodni, rzadki las będący teraz arkuszem gołych, poskręcanych czubków drzew, święta budowla z jej strzelistymi wieżami, nieruchomi strażnicy, wiernie strzegący granicy. Z zapartym tchem wpatrywałem się w to. Wówczas blask rozszerzał się i mienił pomarańczowym złotem. Nieznana siła kazała mi ugiąć łapę. Oddałem teraz ukłon; dla matki natury. Dla tej, która mnie tu sprowadziła i każdego dnia zaskakiwała. Dla tej, która stworzyła te wszystkie cuda i pozwalała cieszyć się innym. Dla tej, która dawała cierpienie. Oddałem ukłon i sobie. Wtedy coś białego i mokrego wylądowało na moich uchu. Strzepnąłem to, lecz wokół mnie zaczęło spadać mnóstwo złotawego pyłu. Śnieg-pomyślałem z radością, ale jedynie w duchu. Westchnąłem, odwracając się tyłem do krajobrazu. Nie okazuj słabości, króliczku-zadrżałem, gdy znów pojawił się ten cholerny osobnik zwany głosem i zignorowałem podszepty. Wstawał już dzień. Aż dziw, że spędziłem na tym wzgórzu tyle czasu. Zrobiło się zimno, a ja potrzebowałem śniadania. Przypomniałem sobie o schowanym w kryjówce pożywieniu niedaleko stąd. Uśmiechnąłem się na myśl o łatwym posiłku i poszedłem w tamtym kierunku. Wtedy musiałem schować się za drzewem. Nie wierzyłem własnym oczom. Przy mięsie posilał się ten cholerny, mały idiota. Wredny szczyl...Niech się nie tyka nieswojego.
- Grrrrrrrrrrauuuu!-wpadłem, warcząc na młodego i siłą odciągając go od martwego daniela. Kira stanął z boku piorunując mnie wzrokiem.
- Nie tykaj cudzego, ty sk*rwysynie jeden!
- Ej!-sprzeciwił się młody-Nie pilnujesz, to co myślałeś? Nie tylko ty tu mieszkasz-rzucił mi w wyzwanie. Dopiero teraz zauważyłem, co stwierdził. Nie tylko ty tu mieszkasz. Problem w tym, że tu mieszkam tylko ja. I nie szykuję się na nowego lokatora. Wokół wirował puch przyklejający się do mojej czarnej sierści.
- Co chcesz mi udowodnić? Jakim jesteś silnym idiotą? To, że ja zrezygnowałem i nie mam nikogo, nie znaczy, że ty musisz marnować sobie życie.-westchnąłem i zagłębiłem kły w zmarzniętym bloku mięsa. Wyszarpnąłem kawałek i przełknąłem go. Poczułem, jak jeden kęs zaczyna rozgrzewać mnie od środka.
<Kira? Za 9 dni kończy się twoje alibi. Wóz albo przewóz, decydujeszXD>

Od Claris CD Hiro

Kocica co jakiś czas rzucała mi ciekawskie spojrzenia. Widać było, że z chęcią by jeszcze porozmawiała, ale brakowało jej tematu. No cóż, mnie takie towarzyskie zagrywki nie interesowały, więc konwersacji nadal nie było.
- Właściwe, to od kiedy ty należysz do stada?- Hiro w końcu przerwała tę krępującą ciszę. Ku mojemu niezadowoleniu.
- Miałam to szczęście, że się tutaj urodziłam.
- Super. Ja urodziłam się w  górach. Kiedy miałam rok, zostałam złapana przez ludzi, którzy chcieli wytresować mnie i 2 inne pantery. Po jakimś czasie udało mi się uciec- powiedziała Hiro.
- Twoja historia jest znacznie bardziej rozbudowana, niż moja- odparłam, choć miałam wrażenie, że kotka pominęła niektóre rzeczy, ale to już nie moja sprawa.
- Wiesz, ja też zostałam kiedyś porwana przez ludzi- powiedziałam, nie wiedząc po co. W końcu nie miałam ochoty rozmawiać i chciałam znaleźć się jak najszybciej w jaskini alfy. Oby tylko tam był- pomyślałam.
- Naprawdę? A...powiesz coś więcej?- zapytała Hiro.
- Ty nie powiedziałaś za wiele. W każdym razie, zostałam porwana wraz z siostrą. Uwolniła nas pewna wilczyca, która potem oddała nas rodzicom i dołączyła do stada. Kilku członków rozprawiło się z jakąś ludźmi i ich bazą.
- A co potem z tą wilczycą?
- Odeszła- odparłam.
- O, już jesteśmy blisko- dodałam. Przez następnych kilka minut znów nie rozmawiałyśmy. Gdy dotarliśmy do jaskini alfy, zapukałam w skałę, czekając na pozwolenie, aby wejść. Nic takiego jednak nie usłyszałam.
- Heaven poszedł gdzieś ze zwiadowcami- powiedziała Layla, emerytowana samica alfa.
- A wiadomo, kiedy wróci?- spytałam.
- Niestety, nie mam pojęcia- odparła wadera, kręcąc głową.
- A o co chodzi?- zapytała Layla, spoglądając na stojącą obok mnie Hiro.
- Mam nowego członka.
- W takim razie miło mi poznać, jestem Layla, emerytowana samica alfa. Myślę, że Heav nie będzie miał żadnych zastrzeżeń. Może póki nie wróci, Claris oprowadzi cię po terenach naszego stada?- powiedziała biała. O nie, tylko nie to!- pomyślałam.
- Jestem Hiro- odparła kocica, lekko kłaniając się przed Laylą.
- I nie mam nic przeciwko, jeśli Claris się zgodzi- powiedziała Hiro i obie naraz spojrzały w moją stronę. Nie, nie i jeszcze raz nie! Mam już dość pomagania innym na dziś!- moje wewnętrzne demny nie chciały nawet o tym słyszeć. Jednak zamiast protestu, z moich ust wydostało się krótkie:
- Z chęcią.
<Hiro?>

Od Kiry CD Blood

Westchnąłem z irytacją. Nie zamierzałem wracać do domu, ale musiałem znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. Milczałem uparcie, więc moi rodzice zrobili kilka kroków w moją stronę. Nadal nic nie mówiłem, więc uznali moje milczenie za przyzwolenie i podeszli do mnie.
- Jak dobrze, że nic ci się nie stało!- krzyknęli oboje i zaczęli mnie przytulać. Jakoś wytrzymałem te "pieszczoty".
- Wracajmy do domu. Potem porozmawiamy- powiedział mój ojciec, po czym odwrócił się w stronę Heavena i skinął głową, co miało znaczyć, że już możemy wychodzić. Kiedy wydostaliśmy się z kopalni, nasz pochód wyglądał następująco: z przodu szedł alfa, ja za nim, między rodzicami, a na samym końcu Blood. Głupcy. Do osobnika tego rodzaju nie należy nigdy odwracać się plecami- myślałem i co chwila ukradkiem spoglądałem w stronę basiora. Gorączkowo zastanawiałem się, jak mógłbym wydostać się z tej pułapki. W końcu nadarzyła się ku temu okazja. Pożegnał się z nami i poszedł swoją drogą. My natomiast szliśmy dalej do jaskiń. Odczekałem jakieś 10 minut i rzuciłem się do ucieczki. Nie wiem, co sobie wtedy myślałem. Chociaż nie, ja po prostu nie myślałem nad tym, co robię. Donikąd, byle dalej od tego "super" stada i "ekstra" rodzinki. Wszyscy od razu rzucili się za mną w pogoń.
- Kira! Wracaj! Kira!- słyszałem mieszające się krzyki moich rodziców i alfy. Zacząłem się kierować w stronę miejsca, które znam najlepiej, czyli kopalni. Udało i się tam dotrzeć i nie dać się złapać. Biegłem przed siebie szerokim korytarzem, aż w oddali ujrzałem stos kamienie, w który wbita była jakaś drewniana bela. Rzuciłem się na nią i z całej siły próbowałem ją wyciągnąć. Miałem już plan. Normalnie pewnie by mi się to nie udało, ale, jak widać, adrenalina robi swoje. Już chciałem się poddać, gdy belka ruszyła się dosłownie o jakiś...milimetr? Może i nie było to za wiele, ale ponownie zbudziła się we mnie nadzieja. Dodatkową motywacją były zbliżające się krzyki. W końcu mi się udało i wyjąłem belkę, co spowodowało lawinę kamieni, które podzieliła korytarz na 2 części. Ja byłem po jednej, rodzice i Heaven po drugiej. Gdy dobiegli do skalnej ściany od razu zaczęli mnie nawoływać. Przez chwilę nie odpowiadałem. Siedziałem cicho, jak mysz pod miotłą, aż zdecydowałem się, co zrobić. Nabrałem w płuca powietrza i z całej siły wrzasnąłem.
- Nie chcę mieć z wami nic wspólnego! Dajcie mi żyć!- wrzasnąłem i pobiegłem przed siebie. Z racji tego, że trochę już czasu tutaj spędziłem, dość szybko udało mi się znaleźć inne, malutkie wyjście. Ach, wolność! Znowu! Tym razem nie dam się tak łatwo złapać!- pomyślałem, biorąc głęboki wdech. Rozejrzałem się wokoło. Nie znałem tej części terytorium. Mimo to, śmiało ruszyłem przed siebie. Cele na dziś: znaleźć schronienie i coś do jedzenia.
<Blood? A ty mi tutaj rodziców na głowę nie zwalaj>