środa, 31 sierpnia 2016

Od Ice CD Archer

Patrzyłam jak sparaliżowana, gdy basior spadał powoli na skały, jak na zwolnionym filmie. Przez chwilę, tę sekundę, nie byłam w stanie się poruszyć. W głowie szybko namalowałam plan działania i rzuciłam się na skały przed basiorem. Było to tak ryzykowne, że wręcz bezmyślne, ale teraz nie liczyło się nic. Wylądowałam bezpiecznie na skale, tuż przede mną z rozbrajającą prędkością turlał się po ostrych występach Archer. Mój umysł się wyłączył; nie miałam wyjścia. Skoczyłam w powietrze i chwyciłam basiora łapami za kark. Poczułam, jak, gdy upadamy na ziemię, spleceni, ostre kamienie wbijają mi się w plecy. Z całej siły zaczęłam hamować łapami, ale jeszcze przez chwilę musiałam osłaniać Archa. W końcu zatrzymaliśmy się pod rozłożystym drzewem. Wstałam z mego partnera i dyszałam przez chwilę ciężko. Zaczęłam mieć mroczki przed oczami, ale powstrzymałam się. Nie mogłam! Szybko obejrzałam rany; na szczęście było tylko kilka otwartych i sporo stłuczeń. Rozejrzałam się dookoła i przyniosłam liście szuszu morelowego, który tamował krwawienie, oraz aloes na stłuczenia. Niestety, nie miałam czym ich przewiązać, więc postanowiłam przenieść Archera i liście na górę-tam było najbliżej. Wzięłam ciało basiora na grzbiet, złapałam liście w pysk i powoli, powoli wyprostowałam nogi. Spojrzałam w górę. Nie było pewne, czy tam dotrę, a jednocześnie było to jedyne wyjście. Musieliśmy tam spędzić noc. Ruszyłam, czołgając się, i upadłam po raz pierwszy. Wydawało mi się, że wilk staje się coraz cięższy, opadałam z sił. Dotarłam na szczyt; i aż upadłam z wrażenia. Położyłam obok siebie Archa i wpatrywałam się z zaszklonymi oczami, jak czerwona kula znika pośród wierzchołków, i tylko pomarańczowa łuna o świetlała ciemne niebo. Pojawiła się pierwsza gwiazda. Zaczynało się nocne przedstawienie. To tu, to tam wyskakiwały kolejne jasne punkciki. Tak dawno nie widziałam tego widoku...Musiałam to wyrazić. Zawarłam cały zachwyt w jednym, długim wyciu, patrząc wprost w niebo nade mną. Ach...Upadłam na twarde podłoże i obróciłam się w stronę pyska Archera. Miał otwarte oczy.
<Archer? Beznadzieja>

wtorek, 30 sierpnia 2016

Od Layli CD Embry

Zaśmiałam się, widząc jego zszokowaną minę. Z entuzjazmem w głosie odparłam:
- Idziemy? Muszę odrobić straty-i pobiegłam prosto w stronę wielkiego dębu, na którym niegdyś bawił się mój brat. To miejsce nie kojarzyło mi się źle-wręcz przeciwnie, czułam się w nim wspaniale. Embry chwilę postał jeszcze za mną, ale powoli ruszyliśmy łąką. Wokół nas kwitło życie, pszczoły zapylały różnokolorowe kwiaty, wiatr muskał nasze pyszczki...To był raj. Raj na ziemi. Wskoczyłam z rozpędu na drzewo, lecz szybko zsunęłam się po korze i upadłabym, gdyby nie uśmiechnięty basiorek stojący za mną. Pomógł mi się podnieść i powoli wdrapaliśmy się na gałęzie. Potem poszło już gładko-przeskakiwaliśmy z jednej na drugą, aż wychynęliśmy ponad koronę. Widok był zapierający dech w piersiach. Dolina mieniła się zielonym blaskiem. Nie potrafiłam już zebrać w sobie więcej szczęścia, więc wyrzuciłam je z siebie, turlając się w miękkich liściach. Ufff...odetchnęłam i spojrzałam w oczy Embryego spoglądające na mnie z góry. Te oczy...Tak wiele razy je widziałam, a wciąż wyglądały inaczej, przywoływały inne wspomnienia...To właśnie te spojrzenia, ukradkiem, ponad stołem, na łące, to zbudowało między nami więź silniejszą niż słowa, nierozerwalną. Był jedynym szczenięciem, z którym nie zamieniłam ani słowa. Nasza była cisza. Wstałam i zeszłam na ziemię po cichu, zostawiając tam Embryego. Nagle poczułam, że muszę pójść gdzieś indziej. Udałam się do jaskini, gdzie zaczęłam rozmyślać nad swym losem. Miałam wszystko, ale w głębi serca powstała jakaś luka; I nie wiedziałam, czym ją uzupełnić. 
~Po pięknym tygodniu~
Westchnęłam, oddychając pęłną piersią i rozkoszując się pięknem życia. Tak...To było to. Ruszyłam tropem zajęczaka. Siedział w zaroślach, skubiąc trawkę. Trach! Skoczyłam na niego, gruchocząc mu kark. Zjadłam posiłek, dumna z siebie, bo nieczęsto mi się to udawało. Pobiegłam, truchtając, przez łąkę, i wskoczyłam na kamień przy jeziorze. Wygrzewałam się chwilę w słońcu, ale znów natrętne myśli dały o sobie znać. Luka w sercu otwierała się coraz szerzej i nie naprawdę zaczynałam mieć wątpliwości, czy ja tu pasuję. Może powinnam szukać szczęścia gdzie indziej? Mama mówiła mi, że mam talent do śpiewu, siostra twierdziła, że powinnam śpiewać w operze. Może to po części prawda...Ale lubiłam to i dałam upust swym pragnieniom:

Czego wciąż mi brak?
Gdzie me miejsce jest?
Nie potrafię już tak żyć
Daj mi chociaż znak

Czego wciąż mi brak?
Gdzie me miejsce jest?
Pokaż mi na przyszłość plan
Odsuń z marzeń mgłę

Zakończyłam cicho, kładąc pyszczek na łapach. Wtedy coś białego mignęło mi w kącie oka. Obejrzałam się i zajrzałam pod kamień. Tam kulił się Embry, mrugając kilka razy i patrząc na mnie wzrokiem niewiniątka. Czy on mnie podsłuchiwał?
<Embry? O nie, nie, nieXD>

Postarzanie+drobna niespodzianka!

Jako że nie mam zbyt dużo czasu (szkolne zakupy pochłaniają go w ogromnych ilościach), post o postarzaniu jest przyspieszony (samo postarzanie zrobię już jutro). Kończą się wakacje, wyjazdy, szkoła puka do drzwi, ale mam nadzieję, że cieszycie się z tych wakacji jak ja i w pełni z nich skorzystaliście. Przejdźmy już do formalności:)

Podsumowanie na ten miesiąc nie jest złe-w naszym stadzie znaleźli się Yuki, Samantha, Alvar, Layla, Astelle, Reyn, Claris, Echo, oraz Jordan, który, niestety, umarł, a razem z nim do wieczności odeszła Alisha. Pożegnali nas też White i Aiden Anakone. Ale mamy też powody do radości-Beta Sophie oraz Alfa Ice urodziły. W tym miesiącu dorastają Nina, Arcee, Viky, Tailgate, Embry, Syriusz i Raya, dlatego prosiłabym o przesłanie mi ich formularzy. A teraz czas na niespodziankę, a jest nią...kolejny konkurs! Mam nadzieję, że spodoba wam się jego tematyka. Mianowicie, należy stworzyć w paincie, gimpie lub innym programie graficznym herb, znak, lub flagę Stada Białego Kruka. Plik musi być w formacie GIF lub PNG, o rozmiarach dowolnych. Pracę należy mi wysłać do 15 września. Oczekuję waszych prac konkursów i życzę w miarę znośnego powrotu do szkoły!
~Wasza Alfa Ice

Barricade odchodzi!

Barricade
~~~
Medyk

Powód: Śmierć kliniczna w wyniku przemiany w mutanta

Od Barricade'a

Wojna się zakończyła. Miałem nie mało roboty przy rannych, na szczęście kilku innych członków stada mi pomagało. Po kilku godzinach wszyscy byli już opatrzeni. Mimo to zabrakło ziół do różnego typu maści, więc postanowiłem trochę ich nazbierać.
~~Kilka minut później~~
Znalazłem się w lesie. Kilka goździków, mniszek lekarski i kilka innych ziół znalazło się w moim pysku. Nagle usłyszałem jak coś złamało suchą gałązkę. Zanim zdążyłem się odwrócić poczułem jakby rząd ostrych szpilek wbił się w moją łapę. Wystraszony w całym tym zamieszaniu dostrzegłem kornora, który ponownie wbił swoje zęby w moje ciało, jednak tym razem ból poczułem w ogonie. Po tych dwóch ciosach kornor martwy upadł, a ja widziałem tylko rozmazane i niewyraźne kolry. Po kilku sekundach kolory całkiem zniknęły, a ja ujrzałem ciemność.

RIP

Od Embryego CD Layla

Layla była zadowolona. Se What?!?! Jeszcze wczoraj rozpaczała po swoim bracie, a dziś wyglądała jak zupełnie kto inny. Potwornie byłem zaskoczony, nie ukrywam. Mimo to szczęśliwy, że wreszcie jest radosna. Roześmiałem się w duchu, ale z miną na pysku to nie mogłem sobie poradzić. Nadal byłem zszokowany.
-Kim jesteś? I co zrobiłaś z Laylą? - zaśmiałem się w głosie.
<Layla? Wiem, że krótkie, ale wena nawala>

Alisha umiera!

Alisha
~~~
Omega
Powód: Śmierć z łapy wroga

Od Alishy

Spacerowałam sobie spokojnie po terenach Stada Białego Kruka z uśmiechem. Dzień nie był za ciepły, wiał wiaterek a na niebie zbierały się deszczowe chmury i taką właśnie pogodę uwielbiałam. Skierowałam się do lasu, liście na drzewach falowały. Westchnęłam i zwolniłam, rozkoszując się spacerkiem. W końcu usiadłam nad strumykiem w cieniu, ułożyłam się pod drzewem i zmrużyłam oczy. Nagle usłyszałam odgłosy łap, a po chwili zza krzaków wyłoniła się wilczyca, był cała czarna z podpalanym białym, miała żółte oczy. Usiadłam i machnęłam głową w pozdrowieniu, to na pewno musiał być ktoś ze Stada Białego Kruka.
-Czy my się znamy? Jestem Alisha.
-Moje imię nie jest nikomu, do niczego potrzebne.
-Należysz do Stada Białego Kruka?
-Och... SBK... - Warknęła cicho, dlatego odsunęłam się od niej o nie zauważalne kilka centymetrów. - Oczywiście, że nie jestem podwładną tej głupiej Ice i Archera, którzy zabili moich rodziców.
Spojrzała na mnie z szalonym uśmiechem i rzuciła się na mnie z kłami i głośnym warknięciem, poczułam wielki ból i zobaczyłam ciemność.

THE END

Od Layli CD Embry, Echo, Arcee

Ruszyłam naprzód razem z Echo. Czułam się u jej boku nieco bezpieczniej. Ciemny koryatrz zwężał się, skręcał, ciągnął się niemiłosiernie, aż nagle waderka na przedzie zatrzymała się, a ja wpadłam na nią. 
- Ślepy zaułek-westchnęła. Pokiwałam powoli głową i zawróciłam. Szłyśmy równym marszem, ale poczułam, że muszę jak najszybciej opuścić to miejsce. Ogarniało mnie przeczucie, że korytarze nigdy się nie skończą, więc puściłam się biegiem. Na szczęście po kilku minutach pojawiłyśmy się na rozstaju dróg. Przez chwilę odpoczywałyśmy, po czym chciałyśmy pójść za Arcee, ta jednak pojawiła się u progu, a za chwilę po niej Embry. Zaczęliśmy się zastanawiać, co tu począć. Rozglądałam się po pomieszczeniu, myśląc intensywnie.
<Echo? Embry? Arcee? Mówisz i masz>

Od Echo C.D Layla, Arcee, Embry

Cofnęłam się wystraszona, jednak szybko dowiedziałam się kto to jest. Przed nami siedział syn Katrin i Jacoba, uśmiechnęłam się.
-Nie strasz nas Embry... - Zaśmiałam się.
-Ale ja was nie straszę. - Usłyszałam głos białego basiora za mną, spojrzałam na to coś strasznego przed nami. Futrzak skoczył na Arcee i udrapnął ją, dlatego usłyszeliśmy głośny pysk. Przez chwilę to gapiło się na nas, więc wymieniłam porozumiewawcze spojrzenie z Laylą. Skoczyłyśmy na zwierzę, drapiąc je i gryząc, przyłączyła się do nas Arcee z Embrym. I umarło... Czułam się strasznie, wiedząc, że swoimi kłami odebrałam komuś życie. I to nawet nie był ktoś, tylko fretka. Oszołomieni szliśmy dalej gęsiego, aż nagle dotarliśmy do rozdzielenia dróg. Było ich, jak udało mi się policzyć trzy.
-Dobrze, rozdzielimy się. Ja razem z Laylą idę tam. - Wskazałam drogę po lewej. - Arcee idzie do drogi po środku, a Embry idzie do ostatniej drogi.
-A czemu my mamy iść sami? - Spytała lekko przestraszona Arcee.
-Bo jesteście starsi, a my młodsi. - Uśmiechnęłam się i wszyscy zaczęliśmy iść w wyznaczonym kierunku.

Layla? Wiem, krótkie :c

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Od Archera CD Ice

Basior już miał rozszarpać moją partnerkę na strzępy, ale ja, wykorzystując chwilę jego braku zainteresowania moją osobą, skoczyłem mu z zębami do gardła. Smak jego ciepłej krwi zmieszał się z innymi już będącymi w moim pysku. Wilk zakończył swe życie. Ostatnie niedobitki z watahy widząc śmierć swego przywódcy czmychnęły z pola bitwy. Rozległy się triumfalne okrzyki członków naszego stada. Wygraliśmy. Ale spokojna i bezpieczna ziemia została splamiona krwią nie tylko wrogów. Trudno. Wyłączyłem strefę umysłu odpowiedzialną za martwienie się i razem z białą waderą (poprawka, czerwono-białą) pomagaliśmy zbierać rannych do jaskini medycznej. Najpierw ranni, potem truchła (żadne nie było członkiem stada), a dopiero potem cała reszta. Najbardziej oberwali Ana, Alvar i Minerwa, ale wszyscy potrzebowali opatrzenia. Dopiero gdy usiadłem na zimnej skale poczułem pulsujący ból w tylnej łapie. No cóż, adrenalina działa lepiej niż morfina. Na drugim końcu pomieszczenia zauważyłem Ice, której właśnie bandażowali kark. Uśmiechnęliśmy się do siebie. Wygraliśmy. Życie jest jedną wielką walką o przetrwanie i ktoś w niej musi ginąć. Taki jest jego urok. Dziś zginęli oni.
O świcie wszyscy zebrali się w głównej sali. Wśród tłumu słychać było ożywione, radosne rozmowy o wygranej bitwie, lecz był też smutek. Nie wszyscy są stworzeni do zabijania. Znowu spojrzałem na białą waderę siedząca obok. Jako Alfy powinniśmy chyba teraz coś powiedzieć. U mnie zero pomysłów. Wtedy weszła Evelyn razem z gromadką maluchów. Tego było trzeba. Radosne pyszczki każdego uszczęśliwią. Layla i Astelle podbiegły do nas. Moja partnerka przywitała się z naszymi córkami i wstała.
-Jestem z was wszystkich dumna.- zaczęła zwracając się do wszystkich zebranych- Nasz dom jest już bezpieczny. Teraz możecie się rozejść i odpocząć.- po tym skierowała się do wyjścia, podążyłem za nią razem z dzieczynkami.
< Ice? Pod koniec brak weny, ale chyba nie jest aż tak źle? XD >

Od Duncana CD Sophie

Szczeniaki usiłowały jak najdokładniej naśladować nasze ruchy.
- Zobaczcie, chyba już umiem!- zawołała Nina i płynąc, skierowała się na trochę głębszą wodę.
- Tylko na siebie uważaj- powiedziałem, kierując się w jej stronę, żeby w razie czego być blisko.
- Pff, wielkie mi co, to nie może być aż tak trudne- prychnęła Claris, po czym szybko, ale nieudolnie podpłynęła do siostry. Jednak jeszcze było jej mało i zaczęła "płynąć" dalej.
- Claris, zawróć!- zawołała Sophie, jednak wadera nie zareagowała.
- Słyszałaś? Masz zawrócić!- powiedziałem, płynąc w jej kierunku. W końcu do niej dopłynąłem i, jak się okazało, zrobiłem to w idealnym momencie, bo Claris nagle zaczęła tonąć. Chwyciłem ją więc szybko i wziąłem na grzbiet, po czym podpłynąłem do zawsze bezpiecznego brzegu. Claris powoli zeszła.
- Nic ci nie jest?- spytałem. Wadera powoli pokręciła głową. Po chwili podbiegła do nas Sophie i reszta szczeniaków. Wszyscy zaczęli pytać, czy nic jej nie jest i co się stało.
- Nic, nic się nie stało! Uderzyłam się o jakąś durną, wystającą skałę!- zawołała Claris.
- No, już się tak nie złość. Teraz mamy przynajmniej pewność, że jedyną rzeczą, która ucierpiała, jest twoja duma- odparła Echo. Claris tylko na nią spojrzała, p czym bez słowa pobiegła w stronę lasu.
- Ja za nią polecę- powiedziałem i tak też zrobiłem.
~~Około pół godziny później~~
- I co? Znalazłeś ją?- spytała Sophie, kiedy wróciłem.
- Tak i odprowadziłem do domu. Mówi, że chce zostać sama- powiedziałem. Sophie westchnęła.
- No i rodzinną wycieczkę nad jezioro diabli wzięli- powiedziała cicho.
- Ale nie martw się, ona już taka jest, nic na to nie poradzimy- powiedziałem, chcąc pocieszyć moją partnerkę.
- Może lepiej wróćmy do nauki pływania naszych dzieci?- zapytałem, bo chciałem zmienić temat.
<Sophie?>

Od Ice CD Arcee, Jacob, Katrin

Spojrzałam z politowaniem na ojca Arcee. Przez chwilę bałam się, czy nic jej się nie stało, ale waderka była cała i zdrowa. To przez emocje-pomyślałam. Ech...Ostatnimi czasy nie miałam z kim się nimi podzielić. A ból narastał. Po godzinie dotarliśmy do domu. W jaskini rodziny byli tylko Katrin, Asami, Embry i Nina. Matka córki zerwała się od razu, gdy zobaczyła nieprzytomną waderkę, lecz gdy ojciec wszystko jej wyjaśnił, trochę się uspokoiła i lekko ją ocuciła. Po chwili Arcee popatrzyła na nią błagalnie, ale zaraz po tym odeszła w kąt jaskini. Nina i Asami wyszły. Zostałam sam na sam ze spojrzeniami.
<Katrin? Arcee? Jacob? Rozkręćcie to jakośXD>

niedziela, 28 sierpnia 2016

Od Sophie C.D Duncan

-Ja też... - Westchnęłam i przesunęłam się bliżej do Duncana, kładąc głowę na jego bark. Spojrzałam na nasze pociechy, wszyscy bawili się grzecznie. Nina pokazywała Reynowi i Echo, jak pływać, za to Asami i Claris rozmawiały. Wszystko było dobrze, a dzień był piękny. Lepiej być nie mogło. Wstałam z uśmiechem i podeszłam do brzegu.
-To, co? - Uśmiechnęłam się. - Trzeba by było się trochę zabawić!
Weszłam do wody z rozbiegiem, chlapiąc młodych. Dwójka, największych rozrabiaków, skoczyła w moją stronę, jednak szybko stracili równowagę. Chwyciłam ich za skórę na karku i posadziłam na grzbiecie, rozglądnęłam się. Claris siedziała oburzona na brzegu, a Nina razem z Asami śmiały się.
-Chciałabym pływać! - Powiedziała Echo.
-Ja też! - Mały samiec, popierał Elę.
-Jak chcecie.
Zaśmiałam się i podpłynęłam do tej części, gdzie szczenięta miały grunt. Asami i Nina, też się przyłączyły, a także Claris z widoczną nie chęcią. Przyszedł też Dun.
-Musicie machać łapkami o tak... - Zaczęłam płynąć przed siebie,  Duncan obok mnie. Wszyscy patrzyli na nas z dużymi oczami, oprócz Niny, która już nawet prawie umiała pływać.

<Dun?>

Od Ice CD Archer

- Wiem o tym-odparłam, przytulając go. Wierzyłam w to. Naprawdę w to uwierzyłam.
O północy wszyscy oprócz Evelyn, która miała pilnować szczeniąt (I była z tego powodu niezmiernie rozczarowana) stawili się przed wejściem w szeregu. 
- Słuchajcie!-powiedziałam do nich po żołniersku.-Znacie plan. Macie być czujni i gotowi na wszystko.
- Ta jes!-odpowiedzieli chórem.
- Ruszajmy!-dorzucił Archer i oddział wymaszerował. Równym krokiem, przemykając się przez ciemność, i dotarliśmy do magazynu. Tam mieliśmy zdobyć broń i zaatakować następnie Watahę. Weszliśmy do ciemnego magazynu, przyzwyczajając wzrok do ciemności. I nagle ktoś zapalił światło, lampa pod sufitem rozbłysła światłem, trochę migając. W jego blasku ukazała się banda, której szukaliśmy, lecz nie była sama. Wśród ich szeregów stały Luna i Skipper-nasze niedoszłe członkinie. 
- Witamy was-zaczęła ich dowódczyni, Kajura, z jadowitym uśmiechem.-Mamy do was tylko jedną, malutką sprawę-i rozpoczęła monolog o wartości doliny i jej ziemiach. Od razu wiedziałam, że trafiłam na tym zrzędy-mordowczyni, i absolutnie nie miałam ochoty dłużej znosić jej towarzystwa. I tak w połowie przemówienie wadera zachwiała się z moim nożem wycelowanym i wbitym prosto w jej gardło. Całe stado wytrzeszczało wzrok to na mnie, to na Kajurę, która upadła na posadzkę, zbroczona krwią. Archer nie mógł wyjść z osłupienia, ale wzruszyłam tylko ramionami, mówiąc: No co? Po to tu przyszliśmy...Za dowódczynią ukazała się morda psychopatycznego wilka z czerwonymi oczkami, wściekle dyszącego. Przyjęliśmy pozycje bojowe, oczekując odpowiedniego momentu i...ryknęłam:
- Do ataaku!-rzuciliśmy się na siebie z warkiem, i nasze linie zwarły się. W pierwszym starciu jeden wilk przeciwników padł. Później nie bardzo wiedziałam, co się działo, wszędzie krew, futro pazury...Ja trafiłam na Lunę, która skoczyła mi z impetem na kark, próbując dostać się do tętnicy. Tfu! Zdrajczyni! Pomyślałam i z lekkim ukłuciem sumienia położyłam się. Słyszałam gruchot łamanego karku i jej ostatni syk, po czym wyzionęła ducha. Szybko wstałam i rzuciłam się na jednego z wojowników wroga, szarpiąc kłami jego bark. Ten drapał mnie zapamiętale, podczas gdy ja powaliłam go i zakończyłam jego cierpienia. Teraz rozejrzałam się po polu bitwy. Stado było już wykończone, a na środku walkę toczyli dwaj przywódcy, Arch i Baha. Serce zabiło mi mocniej, gdy szarosrebrny basior upadł, przeciwnik szykował się do ostatecznego ciosu...Teraz albo nigdy:
- Zostaw go!-warknęłam i wymierzyłam mu siarczysty policzek. Jego oczy zwężyły się, mięśnie napięły do ostateczności, kły poczuły smak krwi. Mojej krwi. Moich dzieci.
<Archer? Nie, nie umieramXD>

Od Layli CD Embry

Nic do mnie nie docierało. W uszach szumiało mi, wściekłość ustępowała bezradności i słabości. Oddech stał się płynny, świat rozmazał i zakręcił w kółko...Sen przerwał mi konik polny, który wskoczył mi na nos. Kichnęłam i powlokłam się do domu, mrucząc coś pod nosem. Tam ułożyłam się pod ścianą, mając wszystko gdzieś. Uczucia szalały i nie mogłam znaleźć dla nich ujścia. Nigdzie nie miałam nikogo, kto by mi to wytłumaczył, pomógł, rozwiązał. Przywrócił życie. Zasnęłam.
<CDNN*>

*Ciąg dalszy nie nastąpi

Od Layli CD Astelle, Embry

Szarość spadła nagle na świat wokół mnie, jak gdyby drzewa w groby się zamieniły, a dusze zaczęły pełzać po ziemi. Nawet śpiew ptaków na innej melodii* się opierał. Życie straciło swój smak. Wszystko stało się matowe, nieważne, nic się nie liczyło. Chwilami zapominałam nawet że istnieję. Nie zauważałam codziennych czynność. Moje życie wypełniała krew i woda, rozpływała się po ścieżkach i lizała końcówki moich łap. Czułam się jak w śpiączce, amoku. Pewnego dnia (a raczej nocy), mama, tata, siostra i ja, zaciągnięta tam niemalże siłą, siedliśmy na wystającej skale nad jaskiniami. Widać reszta stada wpadła na ten sam pomysł, tylko nie Jordan, bo wkrótce zjawiły się tu wszystkie wilki i wilczyce. Ja z rodziną na przedzie, z widokiem na dolinę, inni po bokach. Mój ojciec zaczął jakby zawodzić do księżyca, niby wołając o pomstę. Wkrótce wszyscy poszli jego śladem. Tylko nie ja i Jordan. Właściwie, czemu księżyc nagle umiera i następuje po nim słońce? Czemu więc Jordan umarł i dał żyć mnie? Teraz nastąpił we mnie przełom. Poczułam tchnienie, które mnie uskrzydliło, i w jednej, małej chwili, szkło pękło, dolina zalała się księżycowym blaskiem, ciemna zieleń wstąpiła na scenę, wycie przerodziło się w muzykę; Zrozumiałam swój błąd. Gdy dla jednych słońce zachodzi, dla drugich wstaje księżyc. Nie mogę się poddawać, bo słońce Jordana zaszło, on by tego nie chciał. Życie się toczy. Koło za kołem. Pod tym odkryciem aż się zachwiałam, przeszedł mnie dreszcz, poczułam smak życia, na nowo. 
- Aauuuuuuuuu!!!-zawyłam w stronę księżyca, najlepiej jak potrafiłam, dziękując mu. Dziękując za wszystko. Wszyscy podskoczyli nagle na dźwięk mego głosu, nienaturalnie ładnego, tak dawno niesłyszanego, ale nie zwracałam na to uwagi. Byłam w siódmym niebie. Księżyc uśmiechał się do mnie.
~Ranek w siódmym niebie~
Ziewnęłam przeciągle i wstałam wcześnie rano. Ledwie skubnęłam jedzenie, dawno nie widziałam tak pięknego poranka. Czułam w sobie rozedrgane cząstki radości, za sobą słyszałam ciche pomruki siostry. Przy śniadaniu uśmiechałam się i natychmiast po nim popędziłam na łąkę, za mną zaś zdębiała Astelle. 
- Cześć!-krzyknęłam do grupki szczeniąt (Embry, Asami, Reyn, Tailgate, Nina, Arcee, Viky). Większość zastanawiała się, czy widzą ducha, czy też żywe szczenię, a Embry wyglądał, jakby zobaczył uśmiechającego się krokodyla biegnącego w jego stronę. Wyhamowałam tuż przed jego nosem. 
<Embry? Może Astelle? Depresja zażegnanaXD>

*Mniej więcej takiej: Alleluja, Alleluja, Alleluja, Alleluuuuuuuuuuja (Śpiewałam to na chacieXD)

Wyjazd w Bieszczady

Tym razem nie ma skleroza, a rodzinne sprawy spowodowały mój wakacyjny wyjazd w Bieszczady. Mam nadzieję, że mi to wybaczycieXD, ale to już ostatni raz. Zostawiłam blog pod opieką adminów i mam nadzieję, że sprawowali się dobrze! Na razie post na szybko, a już niedługo informacje i zdjęcia z Bieszczad. Chciałabym też przypomnieć o pisaniu opowiadań tym, którzy tego zaniechali i sami dobrze wiedzą, co powinni zrobić. Życzę wam szczęśliwej końcówki wakacji!
~Wasza Alfa Ice

piątek, 26 sierpnia 2016

Od Astelle CD Layla

Od początku to wiedziałam. Mój idealny braciszek nie znika tak łatwo. Ale rodzice cały czas mieli nadzieję, że się odnajdzie, że tylko się zgubił i wkrótce wróci do domu. No cóż. Takie jest życie, ktoś umiera, a ktoś się rodzi. Jednak... Strata członka rodziny... I jeszcze mała tak to przeżywa. Nie będę teraz miała kogo zaczepiać, braciszka nie ma. Tak na prawdę mie wiedziałam czy mi z tym źle, mam tak, że nie lubię przyjmować do siebie złych wiadomości i zwyczajnie je ignoruję. Ale Layla ciągle mną szrapała i na dodatek wrzeszczała do ucha. Odepchnęłam ją, a ta dodatkowo zalała się łzami. Szybko pojawił się tata, otoczył waderkę łapą i przysunął do siebie.
-Hej, spokojnie skarbie. Już dobrze.- szepnął starając się zachować radosny ton, ale widziałam jak bardzo przeżywa tą całą sytuację. Moja siostra zaniosła się jeszcze większym szlochem.
-On nie żyje! Nie żyje!- krzyczała.
-Astelle...- dołączyła się do tego jakże przyjemnego dialogu moja mama.- Popilnuj siostry, a my pójdziemy szukać Jordana.- widać było, że ona też ciężko to znosi. Nie czekając na moją zgodę wyszli zostawiając mnie sam na sam z zasmarkaną siostrzyczką. Usiadłam przy wejściu do jaskini gdyby nagle wpadła na jakiś głupi pomysł. Na szczęście Layla tylko siedziała z podkulonym ogonem i starała się uspokoić. Minuty dłużyły się niemiłosiernie, lecz w końcu podniosłam głowę słysząc głos na korytarzu. To była moja rodzicielka. Po jej policzkach płynęły srebrne krople i mówiła trzęsącym się głosem.
-Dziewczynki... Chodźcie.- obie się podniosłyśmy i chwilę później znalazłyśmy się przed jaskiniami. Było tam całe stado, zebrało się w koło. Na środku stał mój tata ze zwieszonym łbem, przed nim było coś czarnego. Można się domyśleć co.
~~~
Następnego dnia odbył się pogrzeb. Wszyscy się zebrali nad dołem wykonanym specjalnie dla ciała mojego starszego brata. Złożyłi go ostrożnie, owiniętego w całun z delikatnego materiału, razem z wieńcami kwiatowymi. Kilku członków płakało. Moja mama powiedziała parę słów. Potem zakopali grób, przykryli kamieniami i stado się rozeszło. Rodzice byli mocno zdruzgotani. Ojciec cały czas pocieszał mamę, sam nie płakał, faceci chyba tego nie potrafią, oni płaczą w środku. Ja nie uroniłam ani kropli. Było mi smutno, ale chyba dlatego, że wszyscy dookoła byli smutni. Nie miałam dobrej więzi z Jordanem i tyle.
< Mamo? Lub Layla? Depresja to nie moja broszka XD >

wtorek, 23 sierpnia 2016

Od Archera CD Ice

Skupiłem się na atakującym ponownie mutancie, lecz kątem oka dostrzegłem biały kształt spadający ku prawie pionowemu urwisku.
-Nie!!!- krzyknąłem nie dopuszczając do siebie żadnej z myśli. Ostatni cios i potwór zachwiał się aż w końcu padł martwy. Teraz szybki odwrót. Musiałem zobaczyć co stało się z Ice, z moją partnerką. Stanąłem ostrożnie na kamiennym podłożu tuż nad przepaścią. Była tam, nadal żywa. Trzymała się skalnej półki, ale widać było, że nie wytrzyma za długo. Nie wiedziałem co robić. Powiecie: "Uratuj ją. Wciągnij na górę." Tyle, że wadera znajdowała się na oko jakieś 3 metry pode mną.
-Trzymaj się!- krzyknąłem, wiem, mało pokrzepiające, i cofnąłem się. "Zostaw ją tam." Jeszcze tego brakowało. "Niech zginie, po co nam ona."- Pierwszy był wyraźnie zadowolony z zaistniałej sytuacji. Drugi zaś panikował. Jeszcze chwila, a jego nastrój by mi się udzielił. Sytuacja była fatalna. Żadnej liny, szmaty, liany dzięki której mogłaby się wspiąć, półek po których mógłaby wskoczyć. Nic. Urwisko kończyło się 10 metrów pod wilczycą, taki upadek nie mógł się dobrze skończyć. Spojrzałem jeszcze raz na Ice. I wtedy zobaczyłem niewielką skalną półkę,  prawie dwa metry niżej niż ja się znajdowałem i tyle samo na lewo od wadery. Jedyna szansa. Moja partnerka już ledwo wytrzymywała. Dokładnie wymierzyłem odległość. I.... Udało się! Teraz musiałem jeszcze skoczyć do Ice. Przycisnąłem łapy mocno do ziemi i odbiłem się. Wylądowałem dokładnie w momencie kiedy wilczyca straciła siły. Zdołałem jeszcze złapać ją za kark i wciągnąć obok siebie. Była przy mnie, żywa. Teraz trzeba było się jakoś stąd wydostać.
-Masz jakiś pomysł?- spytała oddychając ciężko. Rozejrzałem się.
-Tam.- wskazałem na kolejną półkę pod nami, niżej było wgłębienie, na tyle duże byśmy mogli tam wskoczyć. Po tym zostało 6,5 metra do ziemi. Po drodze była tylko jedna wystająca skała. Gdyby udało nam się pokonać tę trasę jakoś znaleźlibyśmy się na dole. Półka- zaliczona. Wgłębienie- jest. Teraz tylko skała, cztery metry i jesteśmy na ziemi. Pomogłem Ice odbić się i razem staliśmy przed ostatnim odcinkiem naszej drogi ku bezpieczeństwu. Ale wtedy do moich uszu dobiegł cichy dźwięk. Zanim się zorientowałem biała wilczyca skoczyła sprawnie na ziemię niczym parkour'owiec i spojrzała na mnie z dołu. Już zamierzałem do niej dołączyć kiedy skała pod moimi łapami zaczęła pękać. Potem już tylko pamiętam jak leciałem głową w dół na ostre kamienie, dalej ciemność.
< Ice? :3 Zasoby weny nadal małe, ale mam nadzieję, że takie coś też cię zadowoli ;) >

czwartek, 18 sierpnia 2016

Od Archera CD Ice

-Według mnie to dobry plan.- odparłem po chwili namysłu.- Lecz lepiej zaatakować w nocy, w samym środku kiedy każdy normalny śpi. Łatwiej będzie nam się też ukryć w mroku niż w jasnym, porannym świetle.- większość zgromadzonym wydała potakujące pomruki.
-A więc ustalone. Atakujemy dziś w nocy.- ponowiła głos moja partnerka. Wszyscy kiwnęli głowami.
-Musicie być w pełni gotowi. Chcę żebyście ćwiczyli, macie być pewni każdego swojego kroku i czynu. W ten sposób wygramy.- dodałem jeszcze- Niech nie ogarnie was strach, bo to on jest tutaj naszym największym przeciwnikiem.- kiwnąłem głową na znak, że skończyłem.
-Całe stado ma się zebrać w głównej jaskini na godzinę przed północą.- powiedziała jeszcze Ice i razem wyszliśmy z jaskini. Byłem w sumie zadowolony. Mamy przewagę. Wygrana jest praktycznie pewna, ale nie mogę ich od razu zbywać. Jeśli mają plan lepszy od naszego, ilość wojaków może nie mieć znaczenia. Zerknąłem na moją partnerkę. Była mocno zamyślona.
-Będzie dobrze.- odparłem, słabe takie słówka, ale to jedyne co mi w tamtej chwili przyszło do głowy. Wadera spojrzała na mnie, a ja uśmiechnąłem się by dodać jej chociaż trochę otuchy.
<Ice?>

wtorek, 16 sierpnia 2016

Od Duncana CD Sophie

Jako, że w pobliżu naszej doliny "zalęgła" się ostatnio zaraza, w postaci innego, wrogo nastawionego stada, postanowiłem prosić Ice o dodatkowe stanowisko. Bycie rodzicem, betą i zabójcą było czasem wyczerpujące (zwłaszcza to pierwsze XD), ale stwierdziłem, że dam radę objąć jeszcze jedno stanowisko, a teraz, w obliczu grożącej nam wojny, byłoby to mile widziane. Postanowiłem więc zostać szpiegiem, bo jak na razie jedyną osobą mającą to stanowisko była Evelyn, a, jak wiadomo, szpiedzy są na wojnie bardzo potrzebni. I tak jak myślałem, zadanie dla mnie znalazło się prawie od razu. Dostałem razem z Evelyn  rozkaz, aby wytropić Watahę Pustynnego Kwiatu i sprawdzić, jak idą ich przygotowania do walki. Nie było nas cały dzień, ale udało nam się zdobyć kilka przydatnych informacji. Gdy wróciliśmy do jaskiń, zapadła już noc. Pożegnałem się z moją towarzyszką i udałem na spoczynek do swojej jaskini. Stanąłem w wejściu i pierwsze co zrobiłem, to omiotłem wzrokiem całą jaskinię. Robiłem tak zawsze, gdy chciałem dodać sobie sił. Świadomość tego, że znalazłem dom, rodzinę i szczęście zawsze podnosiła mnie na duchu. Teraz jednak coś mi nie pasowało. Pod jedną ze ścian spały, przytulone do siebie, moje wspaniałe pociechy, oprócz Claris, która jak zwykle śniła jak najdalej od reszty. Nigdzie jednak nie było mojej partnerki, co bardzo mnie zaniepokoiło. Podszedłem do Claris, wziąłem ja delikatnie w psyk tak, żeby się nie obudziła i położyłem obok reszty. Noc była zimna, a nie od teraz wiadomo, że w kupie raźniej i cieplej. Po wykonaniu tej czynności chciałem udać się na poszukiwanie Sophie, ale na w tym momencie weszła do jaskini.
- O, już jesteś- powiedziała szeptem. Jej głos wydawał mi się jakiś dziwny, pozbawiony wszystkich emocji oprócz...smutku?
- Co się stało?- zapytałem, podchodząc bliżej.
- Ty nic nie wiesz. Jak mógłbyś wiedzieć, skoro nie było cię cały dzień- powiedziała patrząc na mnie. W innej sytuacji uznałbym, że robi mi wyrzuty, ale takie zachowanie nie było do niej podobne.
- To powiedz mi, co się stało. To coś poważnego? Dlaczego nie było cię tak długo? Gdzie byłaś? Powiedz, może będę mógł jakoś zaradzić, pomóc- powiedziałem pełen obaw, ale też chęci do pomocy.
- Byłam u alf. Jordan nie żyje- odparła krótko. Jej słowa przez chwile były dla mnie nie zrozumiałe, nie wiedziałem, o czym mówi. W końcu jednak dotarło do mnie, że chodzi jej o TEGO Jordana, następcę alf. To znaczy, już nim chyba nie jest.
- Ale jak to? Jesteś pewna? Jak to się stało?- w głowie miałem wiele pytań. Ta informacja wstrząsnęła mną, jak chyba każdym. Zginęło biednie, niewinne młode, w dodatku dziecko alf. Przez resztę nocy razem Sophie nie spaliśmy. Rozmawialiśmy o tym, jak, czemu to się stało oraz o tym, jak znoszą to rodzice i rodzeństwo Jordana. Oraz Arcee. Sophie, jako przyjaciółka Ice, przeżywała to trochę bardziej niż inni.
~~Rankiem~~
Śniadanie przebiegło w ciszy. Lepsze było milczenie niż wypowiadanie słów typu: "Och, jak nam przykro", "Współczujemy", "Poradzicie sobie, widocznie tak miało być", "Tam jemu na pewno jest lepiej" itp. Takie formułki mogły tylko pogorszyć sprawę. Po śniadaniu alfy gdzieś zniknęły, nie było nic do roboty.
- Może weźmiemy dzieci i gdzieś razem pójdziemy?- spytałem Sophie. Wadera przystanęła na moją propozycję, więc zebraliśmy całą naszą gromadkę i ruszyliśmy nad jezioro. Po drodze mogliśmy wysłuchiwać narzekań Claris oraz podekscytowanych okrzyków Reyna i Echo. Asami i Nina szły spokojnie, rozmawiając  sobie tylko znanych tematach i co chwila wybuchając śmiechem. W końcu dotarliśmy do celu, dzieciaki wskoczyły do wody, o dziwo, nawet Claris dała się wciągnąć do wspólnej zabawy, jednak nie było się z czego cieszyć, bo to mogło oznaczać, że zaraz wybuchnie wojna. Jednak na razie nic się nie działo, słońce ćwierkało, ptaszki świeciły (celowa zamiana XDD), cud miód, nie było na co narzekać.
- Dawno ni czułem się taki szczęśliwy. Mam przy sobie ciebie, nasze dzieci. Nigdy nie pozwolę, żeby coś wam się stało- powiedziałem i liznąłem Sophie po pysku.
<Sophie?>

Od Claris CD Kala, Echo

Dzisiaj wstałam najwcześniej z rodzeństwa, żeby nikogo z nich nie spotkać przed wyjściem.
- Najpierw śniadanie, Claris- powiedziała mama zaspanym głosem, zatrzymując mnie.
- Nie jestem głodna- odparłam.
- Bez dyskusji- odpowiedziała mama, ostatecznie się wybudzając.
- No dobra, co jest do jedzenia?- spytałam, mając nadzieję, że szybko to załatwię. Nic z tych rzeczy.
- Zjemy śniadanie razem ze wszystkimi, a więc mamy jeszcze mnóstwo czasu. Możesz na przykład jeszcze się zdrzemnąć- powiedziała mama. Tym razem to ona miała nadzieję, że zgodzę się na jej propozycję. Wyglądała na zmęczoną, nic dziwnego, przecież jest betą.
- Nie mam ochoty spać. Posiedzę sobie i poczekam, a ty sobie pośpij- powiedziałam, siadając. Obok mnie spało moje rodzeństwo. Mama spojrzała na mnie z troską, ale w tym spojrzeniu było też trochę dobrze ukrytej...podejrzliwości? Wyglądało to tak, jakby wstydziła się przed samą sobą, że nie ufa własnemu dziecku. Ale ja nie miałam jej tego za złe. Sama sobie nie ufałam. W tej chwili obudził się tata.
- Już nie śpicie?- spytał zdziwiony, ziewając. Dalej to już poszło szybko. Obudziła się Echo, potem Asami, Reyn i Nina. I tak oto moja własna matka pokrzyżowała mi moje plany- pomyślałam z lekką irytacją, ale niczego nie dałam po sobie poznać. Poszłam razem z resztą na śniadanie, które minęło mi nie najgorzej, bo nikt nie przeszkadzał mi w konsumowaniu. Dopiero po zakończeniu tej czynności uzyskałam zgodę na wyjście na dwór. Oczywiście wcześniej, jak zwykle, dostałam krótkie kazanko na tematy: "Co możesz, a czego nie możesz robić", "Gdzie możesz chodzić, a gdzie nie", "Na co masz uważać" itp. W końcu mogłam już wyjść. Skierowałam się nad jezioro. Dzień zapowiadał się wyjątkowo upalny, więc chciałam dotrzeć tam jako pierwsza i ochłodzić się "na zapas" zanim pójdą tam inni. Taka już jestem, wolę samotność od towarzystwa. Gdy przybyłam na miejsce z radością zauważyłam, że ani w wodzie, ani na brzegu nie ma żywej duszy. Wskoczyłam do wody i rozpoczęłam swoje wodne akrobacje. Po pewnym czasie uznałam, że czas trochę odpocząć. Znalazłam sobie małą jaskinię, idealną na spędzanie w niej wszystkich samotnych dni i nocy. Położyłam się i nie musiałam długo czekać, aż zaczęłam zasypiać. Ok. pół godziny trwałam w stanie półsnu, który został przerwany nagle i niespodziewanie. Usłyszałam czyjś śmiech. Wyszłam z mojej kryjówki i rozejrzałam się wokoło. Musiałam trochę zaczekać, aż mój wzrok przyzwyczai się do słonecznego światła. W jaskini panował półmrok. W końcu kilkanaście metrów dalej ujrzałam moją siostrę i suczkę rasy dalmatyńczyk. Bawiły się razem na brzegu w coś typu "wojna na pluskanie i berek jednocześnie".  Na początku zbytnio się tym nie przejęłam i chciałam wrócić do jaskini, ale wtedy w mojej głowie pojawiła się pewna myśl. Ruszyłam w ich kierunku z przylepionym na buzi fałszywym uśmiechem. Pierwsza zauważyła mnie suczka, która stała do mnie przodem. Powiedziałam coś do odwróconej tyłem Echo. Moja siostra zaś odwróciła się z promiennym uśmiechem w moją stronę, ale gdy mnie ujrzała, lekko przygasł.
- O, hej Claris. Nie spodziewałam się, że cię tu spotkam. Nie chciałyśmy ci przeszkadzać. Ja i Kala już znikamy- powiedziała Echo, popychając lekko do przodu suczkę, która z zainteresowaniem się mi przyglądała.
- Zaraz, czekaj, gdzie idziecie? Wcale mi nie przeszkadzacie. Cieszę się, że was spotkałam. A więc masz na imię Kala? Ja jestem Claris- powiedziałam, zwracając się do suczki. Wyciągnęłam łapę na przywitanie, a ta ją uścisnęła. Spojrzałam na Echo, która przyglądała mi się podejrzliwie. W przeciwieństwie do matki, moja siostra nie ukrywała tego, że mi nie ufa.
- Może mogłabym się z wami pobawić?- spytałam. Teraz Echo wyglądała, jakby zaraz miała się udusić. Z wrażenia aż jej chyba odjęło mowę, bo przez dłuższy czas się nie odzywała, tylko patrzyła na mnie jak na kosmitę (XD).
- Oczywiście- odparła Kala, przerywając ciszę. W końcu jednak początkowa niepewność i nieufność znikła z twarzy Echo.
- Cieszę się, że chcesz się z nami bawić. Może jeszcze nie wszystko stracone i kiedyś znormalniejesz- powiedziała wesoło Echo i zaśmiała się. Ja też, ale mój śmiech był w 100% udawany. Jednak żadna z nich tego nie zauważyła. Kala w ogóle się nie zaśmiała, bo nie wiedziała, o co chodzi, w końcu nie była wtajemniczona w sytuację i nie wiedziała jeszcze, że nie należy mi ufać. Zaśmiałam się w duchu.
- To w co się bawimy?- zapytałam, siląc się na kolejny uśmiech.
<Echo? Kala? Claris szykuje jakiegoś psikusa>

Od Arcee CD Jacob, Ice

Nie mogłam znieść mieszanki uczuć smutku i strachu. Basior, który był mi przyjacielem odszedł na zawsze i już nie wróci. NIGDY juz go nie zobaczę!!! Chciałam zrobić to co powiedziało mi moje złamane serce - zabić się. Zrobic to by spotkać się z jedynym przyjacielem jakiego miałam, czy odpóścić i żyć w strachu, że to się powtórzy?! Ojciec podszedł do mnie i podał mi łapę. Mój ojciec i Samica Alfa nie chcieli mojej śmierci. Oni stracili już nie jedno, a żyją, nie zrobili tego co ja chciałam zrobić... Byli silni. Skoro oni mogli to przeżyć, to ja również... 
Podałam łapę tacie, a on pomógł mi bezpiecznie zejść z Klifu. Mój wzrok spotkał się z Alfą. Zamknęłam oczy i... Zemdlałam.
<Tato? Ice?>

Od Asam C.D Syriusz

Siedziałam sobie cicho nad Jeziorem Lśniących Wód. Dużo działo się ostatnio, Jordan umarł, Arcee prawie też... Westchnęłam i spojrzałam w taflę wody, dostrzegłam tam swoje odbicie i kogoś innego. Odwróciłam się i zobaczyłam czarnego basiora z białym krawatem. Patrzyłam na niego przez chwilę w ciszy.
-Cześć. - Powiedział z uśmiechem.
-Witaj, jestem Asami. - Też się uśmiechnęłam.
-To pewnie ty, jesteś następczynią Bet! - Wykrzyknął.
-Nie ma w tym raczej nic wielkiego.
Cały czas nie mogłam zrozumieć, co oni takiego widzą w stanowisku Bety. Wiem, wiem. Są to zwierzęta bardzo szanowane w stadzie, ale nie trzeba z tego robić, takiego wielkiego halo. Nawet nie miałam pojęcia, dlaczego akurat ja mam zastąpić rodziców...

<Syriusz?>

Od Arcee CD Jacoba, Ice

Nie mogłam znieść mieszanki uczuć smutku i strachu. Basior, który był mi przyjacielem odszedł na zawsze i już nie wróci. NIGDY juz go nie zobaczę!!! Chciałam zrobić to co powiedziało mi moje złamane serce - zabić się. Zrobic to by spotkać się z jedynym przyjacielem jakiego miałam, czy odpóścić i żyć w strachu, że to się powtórzy?! Ojciec podszedł do mnie i podał mi łapę. Mój ojciec i Samica Alfa nie chcieli mojej śmierci. Oni stracili już nie jedno, a żyją, nie zrobili tego co ja chciałam zrobić... Byli silni. Skoro oni mogli to przeżyć, to ja również...
Podałam łapę tacie, a on pomógł mi bezpiecznie zejść z Klifu. Mój wzrok spotkał się z Alfą. Zamknęłam oczy i... Zemdlałam.

<Tato? Ice?>

Od Embry CD Layli

Wadera była załamana. Wiedziałem, że jest jakiś sposób na to, by ją pocieszyć, pomóc jej. Zamknąłem oczy i poczułem jakby moje serce odbierało dziwne "sygnały". Usłyszałem głos Layli, drżący. Ona potrzebowała wsparcia, nie mogłem jej tak zostawić. Pognałem co sił w łapach za nią. Spotkanie z nią nastąpiło przy Jeziorze. Leżała na skale, tyłem do mnie. Ona wyraźnie mnie usłyszała i warknęła:
-Zostaw mnie!!! - widziałem w jej oczach łzy, nieunikniony w takiej sytuacji strach, rozpacz.
-Layla, wiem jak się czujesz. Moja siostra niedawno co sama próbowała się zabić, o mało jej nie straciłem. Ale chcę żebyś wiedziała jedno... - Layla nadal nic nie mówiła, jednak wiedziałem, że mnie wyraźnie słyszy - ...Nie wolno zamykać się w sobie, to Ci nie pomoże. Chcesz przez resztę życia uciekać przed samą sobą, czy żyć dalej, tak jak chciałby Jordan...
Wadera nadal nie miała do mnie zaufania.
-Nie jestem taka jak inni...
Zamknąłem oczy na chwilę, poczym je otworzyłem.
-Więc może powinnaś... - szepnąłem o odszedłem.

<Layla? Chcę Ci pomóc>

Od Ice CD Jacob, Arcee

Patrzyłam osłupiałam na córkę Jacoba, stojącą niemalże na krawędzi klifu. W dole piętrzyły się ogromne fale obmywające plażę. Obejrzała się na nas załzawionymi oczami, łapy jej się trzęsły, wzrok biegał nerwowo z jednej osoby na drugą. Dech mi zaparło, gdy Arcee westchnęłam i znów popatrzyła na morze pod nią. Jacob powoli podszedł do niej, a ja domyślałam się, co to spowodowało. Mój syn...On nie żyje. Lecz nie można się z tego powodu poddawać. Trzeba żyć. Korzystać póki jest czas.
<Jacob? Arcee?;-;>

Od Jacoba

Od jakiegoś czasu uważałem, że coś się szykuje. Niedługo rozpocznie się wojna o przetrwanie, na śmierć i życie. Nie możemy pozwolić na to, by szantażowali członków naszego stada. Będziemy walczyć o nasz własny kąt, o dom dla nas wszystkich... Miałem jednak przeczucie, że strata młodego Alfy nie będzie jedyną, ale mimo tego, musimy przetrwać ten trudny czas... 
~Przy kolacji~ 
Byłem markotny, inni o czymś rozmawiali, mówili coś. Nie miałem ochoty o czym kolwiek rozmawiać. Zauważyłem jednak, iż wzok skierowała na mnie moja przyszywana córka - Vanilia. 
-W pożądku? 
-Tak, nic mi nie jest... - odpowiedziałem markotnie i wstałem od posiłku, po czym wyszedłem z pomieszczenia. 
~W mojej głowie~ 
-Dawny Jacob wrócił, co? - usłyszałem głos. 
-Nie będę dyskutował o przeszłości... - powiedziałem i próbowałem odejść od głosu na tyle daleko, żeby już go nie słyszeć. 
-Czego się tak boisz? Przecież to tylko słowa - ciągną dalej - co mogą zmienić? 
Przystanąłem. 
-Wszystko... 
~Rankiem~ 
Chciałem pobyć sam. Wybrałem się nad morze. Jednak po pewnym czasie Ice dołączyła do mnie. W pewnym sęsie. Ona szła kilka metrów za mną, jednak nie miałem pojęcia o co jej chodzi. Po kilku minutach zobaczyłem Ostatni Klif. Jednak nie mogłem uwierzyć co zobaczyłem na nim. Przy krawędzi stało szczenię. 
<Ice? Może jeszcze ktoś?>

Od Layli CD Embry

Siedziałam tyłem do świata. Nie chciałam go już widzieć. Nie chciałam przyjąć w ogóle myśli, że Jordana tu nie ma. Że już nigdy więcej go nie zobaczę. Przed mymi oczyma co raz stawały te same obrazy, tak wyraźne, niby rzeczywiste. Podświadomie wiedziałam, że on już NIGDY nie wróci, że odszedł, ale nie mogłam dopuścić tej prawdy do siebie, bo wiedziałam, że znowu bym się rozpłakała. Wszyscy próbowali mi to wytłumaczyć, ale nie rozumiałam śmierci, dlaczego przychodzi tak nagle? Nie zwracałam już na nic uwagi. Od samego patrzenia na wodę robiło mi się niedobrze. Nie usłyszałam za sobą kroków białego basiorka. 
- Czy...to prawda?-zapytał. Wiedziałam o co mu chodzi. Znów wezbrała we mnie złość. Miałam ochotę wykrzyczeć światu to wszystko, ale nie znajdowałam ujścia dla mojej rozpaczy. Milczałam, podczas gdy Embry spuścił wzrok i stał dalej za mną. Coś mną szarpnęło i odwróciłam się gwałtownie, przez chwilę nasze spojrzenia się spotkały, a zaraz po tym nastała ciemność. Zacisnęłam powieki i pobiegłam na oślep. Czułam, jak przedzieram się przez zbitą gęstwinę, każde ukłucie, każde zadrapanie, ranę powstałą na mym sercu, gdy zabrakło w nim brata...Otworzyłam je i wskoczyłam na skałę, nie patrząc na powierzchnię jeziora tuż za mną. Westchnęłam i położyłam się. Chcę stąd uciec! Uciec od tego świata!-Ale nie mogę. Nie mogłam też uwolnić się od Embryego.
<Embry?>

Od Embreyego CD Layla

Było przyjemnie. Słońce muskało moją sierść ogrzewając tym samym ciało. Moje rodzeństwo bawiło się, a ja leżałem w słońcu. Nagle wrócił tata, po jego wyrazie twarzy mogłem się domyślić, że coś jest nie tak. Podeszłem do ojca, a Arcee będąc nieco dalej tylko sluchała. 
-Co się stało? 
Tata spuścił głowę i zamkną oczy. Oczekiwałem najgorszego... 
-Jordan nie żyje... 
Gdy Jacob to powiedział moje serce zadrżało. Pobiegłem do jaskiń. Tam przed wejściem siedziała Layla. 
<Layla? Współczuję...>

Jordan umiera!

Jordan
~~~
Młode

Powód: Śmierć z powodu wypadku

Od Layli CD Astelle, Archer

Kolejny dzień mojego życia rozpoczął się od rodzinnego śniadania. Następnie nadszedł czas wolny. Astel poszła gdzieś już wcześniej, a ja zostałam sam na sam z Jordanem. Uśmiechnęłam się i ruszyliśmy razem przez jasny las. Wszędzie pachniało żywicą, zieleń otaczała nas zewsząd, a mój brat obrał kierunek prawdopodobnie nad strumyk paproci. Już zaczynałam tracić nadzieję, że tam dojdziemy, gdy wdepnęłam w coś mokrego i zimnego, odskakując i prychając. Jordan zaśmiał się i wskoczył na pierwszy kamień, stojąc na nim pewnie. Mój brat był taki silny, mądry-zawsze chciałam być taka jak on. Nieśmiało postawiłam łapę na pierwszym kamieniu i zamknęłam oczy, oderwałam łapy od ziemi i...Ufff! Stałam na kamieniu. Jordan radośnie przeskakiwał na kolejne kamienie, a ja bawiłam się coraz lepiej, coraz fajniej nam było. Aż nagle mój brat poślizgnął się i wpadł do zimnej, rwącej wody, wynurzając jednak pysk. Poradzi sobie. Przecież to Jordan-uśmiechałam się wciąż, lecz zapadła cisza, w której głowa basiorka uderzyła o kamień, ciało opadło bezwładnie, a po powierzchni wody płynęła wstęga krwi. Wtedy poczułam się jakby ktoś mnie uderzył obuchem. Mój umysł wyłączył się. Nie byłam w stanie myśleć. Mówić. Widzieć. Czuć. Czemu on nie wstaje? Dlaczego mnie opuścił? Gdzie jest Jordan?! Co się stało!? To nie powinno tak być!!-Popadałam w histerię, łzy spływały po moim policzku. Świat jakby się zatrzymał, czułam się samotna jak nigdy, niezdolna do niczego. Nie potrafiłam zrozumieć tego co się stało. Poczułam tylko, jak ktoś podnosi mnie za kark i niesie. 
~W jaskini~
Upadłam na ziemię. Przede mną pojawiła się mama. Słyszałam jak przez ścianę jej głos, pełen rozpaczliwej troski i strachu. Rozglądałam się nieprzytomnie, nie wiedząc, o co jej chodzi. Gdzie jest Jordan? Czemu odpłynął beze mnie?!-wciąż te pytania kołatały się w mojej głowie. Spojrzałam w bok na kałużę. Była pełna krwi, która rozprzestrzeniała się ciemną wstęgą. Przygryzłam wargę i jeszcze raz wróciły obrazy dzisiejszego dnia, łzy popłynęły z oczu i pobiegłam przed siebie. Ułożyłam się w kącie i wycieńczona zasnęłam.
~Rano~
Jasne promienie słońca wpadły do jaskini i obudziły mnie. Gwałtownie wstałam, pofalowane wnętrze wyglądało jakbym była pod wodą, ale tylko przez chwilę. Ogarnęłam wzrokiem całą scenę. Mama i tata stali przy wyjściu z kilkoma innymi wilkami. Moja siostra miała markotną minę, pakując coś do torby. Wszystko było takie zwyczajne, nienormalne w tej sytuacji, tylko atmosfera napięta do ostatków. 
- Idziemy szukać Jordana. Idziesz z nami?-posłała mi słaby uśmiech mama. Wyraźnie jak w lustrze zobaczyłam znów odbicie tamtej sceny, a strużka krwi pędziła w stronę moich łap i barwiła je na czerwono. Nie! Nie mogę stracić mojej rodziny!-Wrzasnęło mi w głowie. Złapałam siostrę za łapę, zbierając się do wyjścia, i wrzasnęłam:
- Nie! Nie! On już nie wróci, nie rozumiesz!? Nie!-wrzeszczałam jak opętana-Woda wypłukała z niego życie!!!
<Siostro? Tatusiu? Szok+Załamanie psychiczne:(> 

Od Layli CD Echo, Arcee

W ciszy, która nastała, wyraźnie słyszałam głośne bicie mojego serca i płytki oddech. Nie mogłam z siebie wydobyć głosu po szoku, jaki przeżyłam. Po kilku minutach uspokoiłam się i wróciło normalne myślenie. Moje oczy przyzwyczaiły się już do ciemności i zobaczyłam niewyaraźne sylwetki moich przyjaciół.
- Ciii-powiedziałam, łapiąc ich za łapy. Zupełnie nie miałam pojęcia, gdzie jesteśmy, ani co mamy robić. Byliśmy sami. Nikt nas nie usłyszy. Cały czas mając na oku przyjaciół, którzy chodzili w kółko i szukali czegoś, a ja szłam wzdłuż ściany. O mało nie upadłam, gdy natrafiłam na pustkę. Wytężyłam wzrok i spostrzegłam, że dalej jest jakiś tunel, musi więc gdzieś prowadzić. 
- Hej-szepnęłam.-Znalazłam jakiś tunel. Złapcie się za łapy i chodźcie-ruszyliśmy gęsiego wśród kompletnych ciemności. Na razie nic się nie zmieniało. Nagle ziemia pod naszymi łapami zaczęła drżeć, grudki ziemi sypały się nam, na karki. Cofnęłam się w popłochu, piszcząc przy tym cicho. Coś białego z czerwonymi oczkami zatrzymało się gwałtownie przed nami i uniosło, odsłaniając malutkie, ostre kły.
<Echo? Arcee? Możecie później dać odpisać Embryemu?>

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Od Echo C.D Layla

-Layla, no choć. Pobawmy się! - Uśmiechnęłam się, przyjacielsko i pomogłam białej waderze wstać. Łatwo, można było odczytać z pyska Lay, że jest jej naprawdę smutno. Ale nic dziwnego, mieć jego za brata... I to on zostanie alfą! Coś musiało się stanowczo pomieszać przywódcą. Przez resztę dnia tak samo bawiliśmy się w berka, omijając szerokim łukiem Jordana. W końcu, nadszedł wieczór, a słońce zaczęło zachodzić.
-To do zobaczenia! - Zawołałam wesoło, gdy razem z Sophie, ja, Asami, Claris i Reyn musieliśmy iść do domu.
-Pa! - Krzyknęła trochę starsza ode mnie biała wilczyca, razem z samcem alfa i rodzeństwem, też idąc spać.

Podobnie minął tydzień. Był fajny i wesoły. Tego dnia, też byłam ciekawa co przygotuje mi los, bo bawiłam się właśnie w chowanego z Astelle, Laylą i starszymi Arcee oraz Embrym.
-Jeden... Dwa... Trzy... - Liczyła głośno Astel, ja jednak szukałam kryjówki, razem z Lay i Embrym. W końcu znaleźliśmy, dobrą kryjówkę, czyli małą ciemną jaskinię. Głos szukającej, był tutaj prawie nie dosłyszalny, jednak dotarło do nas szybko, że wadera już szuka. Zaczęliśmy więc, cofać się w głąb, jaskini. Nagle jednak poczułam, jak ziemia się pode mną zawala i spadam w dół.
-Auł! - Syknęłam, gdy walnęłam w twardą powierzchnię.
-Nic ci nie jest? - Usłyszałam głos Layli i spojrzałam w górę, zobaczyłam jak córka alf razem z białym basiorem, przyglądają mi się.
-To tylko otwarcie. Dalej! Pomóżcie mi wyjść! - Powiedziałam na tyle głośno, żeby usłyszeli. Moja koleżanka, razem z moim kolegą, wymienili szybkie spojrzenia, aż w końcu gdzieś zniknęli. Czekałam cierpliwie... Na szczęście, nie trwało to długo. Wyrzucili do mnie lianę. Tak, byłam niezwykle ciekawa, skąd ją wytrzasnęli. Podskoczyłam do niej, jednak jej nie złapałam. Wysunęli się trochę i jeszcze trochę, żebym dosięgała, jednak... BAM! I spadli na mnie.
-POMOCY! - Krzyknęła.
-NA POMOC! - Dodał Arcee. Jednak nikt nie usłyszał...

<Layla?>

niedziela, 14 sierpnia 2016

Od Ice CD Archer

- Poradzą sobie. Mam pomysł-uśmiechnęłam się tajemniczo, spoglądając głęboko w oczy memu partnerowi, a równocześnie obserwując odbywający się dookoła koncert przyrody. Motyle odleciały ponad wodospadem, a słońce oświetliło swymi promieniami całą dolinę, wypełniając ją niezwykłym blaskiem. Skinęłam na mego partnera głową i ruszyliśmy obok siebie przez jasny, liściasty las. Ptaki wydobywały z siebie najpiękniejsze nuty, liście pod naszymi łapami szeleściły cicho, a słońce prześwitywało przez gałęzie, tworząc piękne wzory z plamek. Teraz teren się obniżył i wkrótce truchtaliśmy starym wąwozem, a nad nami zamykały się korony drzew. To wszystko było takie...nierealne. Czas zwolnił biegu, dwa serca biły. Aż nagle ich rytm stanął i aż im zaparło dech. Przed nami otworzyła się panorama Gór Zapomnienia. Ośnieżone szczyty, zanurzone we mgle, pnące się wysoko w górę, wrzosowe stoki, iglaste lasy, strome półki skalne, poblakłe, skaliste przejścia...Cały krajobraz skłaniał przynajmniej do zadumy i wzbudzał respekt. Kochałam góry. Czułam się w nich jak w domu, spacerowałam po nich pewnie, chodź ostrożnie, bo potrafią robić psikusy. Archer uśmiechnął się także, a oczy mu błyszczały. Ruszyliśmy w stronę zachodniego stoku. Po chwili weszliśmy w gęsty, sosnowy bór. Wśród ciszy dało się tylko czasem słyszeć krzyk jastrzębia i miękki szelest podłoża pod naszymi łapami. Wkrótce znaleźliśmy się w poło wie drogi i las skończył się jak nożem uciął; przed nami widzieliśmy jedynie falujące łany roślin, pośród których wspinaliśmy się z mozołem. Popadłam w monotonię kroków, łapa za łapą, ciągnęłam się, ale szczyt wciąż majaczył mi wyraźnie przed oczami. Robiło się coraz bardziej skalisto, coraz mniej roślin...Oczy zamykały mi się mimo woli, słyszałam  coraz mniej...
- Hej!!!-wrzasnął mi ktoś do ucha. Rozejrzałam się nerwowo. Przy mnie stał Archer, uspokoiłam się i dałam mu znać, że nic mi nie jest. On jednak patrzył z lekkim zaniepokojeniem w górę. Zapadał zmrok, lecz przez zmęczenie zlekceważyłam ten fakt i ruszyłam dalej, ziewając. I wtedy zza rogu wyskoczył Wrather z szeroko otworzonymi, okropnymi, żółtymi oczkami. Strach zapukał do drzwi orzeźwił mnie całkowicie, wszystkie mięśnie napięły się, czujność wróciła. Mutant zbliżył się szybko, ale między nim a mną znalazła się bariera w postaci mego partnera. Postanowiłam mu pomóc i uskoczyłam przed niego zwinnie, waląc mutanta przy okazji w pysk. I nagle Wrather się poślizgnął na swoich patykowatych nóżkach, rozkraczył, i uderzył mnie w kark swoim cielskiem. Zdążyłam się jeszcze chwycić półki skalnej, byłam o krok od śmierci, a teraz trzymałam się uporczywie. Wiedziałam jednak, że mój koniec jest bliski.
<Archer? Mówisz i masz> 

Od Ice CD Evelyn

Podeszłam do drzwi i wyjrzałam przez niewielką szparę, starają się nie patrzeć w górę. Wszystko wyglądało tak samo; zero żywota, szare, ciemne nagrobki rozpadające się w zapadającym zmierzchu, żelazna brama wyważona przez pumę. I po co tak biegłyśmy? Bo wiatr poruszył krzaki czy inne cło? Byłam trochę zła na siebie, ale po krótkiej chwili odparłam:
- Wracamy. Nie chcę tu dłużej zostawać-A już na pewno nie na całą noc-wzdrygnęłam się i szybkim krokiem wymaszerowałyśmy z cmentarza. Niemal biegłyśmy, starając się wyprzedzić zapadający zmrok, a do jaskiń dotarłyśmy na szczęście w porę kolacji. Gdy usiadłam tam ze wszystkimi, ulżyło mi i zabrałam się spokojnie za jedzenie.W nocy rozpetała się burza, krople deszczu bębniły w ściany jaskini, powietrze rozdzierały grzmoty. Nie mogłam zasnąć. Czułam się samotna pośród tych wszystkich cieni, myśli, szarości...
~Rano~
Wstałam i jak każdy poszłam na śniadanie, rozejrzałam się trochę i obejrzalam szkody po burzy; mnóstwo błota, bagniska, a poza tym śliczne niebo i...tyle. Nie licząc połamanych drzew. I braku śladu zwierzyny. Westchnęłam i poszukałam wzrokiem Evelyn. Nie miałam dziś nic do załatwienia, a jakieś towarzystwo do sprawdzania ilości zniszczeń było mile widziane.
<Evelyn? Dawno oczekiwane opo zapomniane od wieków zostało znalezione>  

Od Archera CD Ice

Oblizałem pysk z resztek krwi.
-Spacer? - zaproponowałem - Dawno nie spędzaliśmy czasu tylko we dwoje. Cały czas się opiekowaliśmy dziećmi, zero czasu dla siebie. - podszedłem do wadery i uśmiechnąłem się lekko.
-Z wielką chęcią. - odparła i udała się do wyjścia. Podążyłem za nią i skierowaliśmy się nad jezioro. Obeszliśmy je dookoła. Błękitna tafla migotała w świetle słońca, ptaki grały swój najpiękniejszy koncert, jakby specjalnie dla nas. Moja partnerka szła tuż obok, nie rozmawialiśmy, cieszyliśmy się chwilą i chłonęliśmy piękno otaczającego nas świata. Następnie udaliśmy się nad wodospad i usiedliśmy tam na chwilę, patrząc na taniec dwóch pomarańczowych motyli, które latały nad nami. Wydawało się, że nic nie zepsuje tego pięknego dnia. Oj myliłem się. "Kapcaniejesz, robisz się pantoflarzem, tracisz dawną iskrę."- usłyszałem jadowity ton Pierwszego. "Ale teraz jesteś szczęśliwy."- wtrącił Drugi. "Ale dawny Archer umarł."- upierał się przy swoim Pierwszy. Odwróciłem na chwilę wzrok, by Ice nie zobaczyła, że krzyczę w myślach. Normalnie ignorowałem tych dwóch albo w ciszy analizowałem ich słowa, lecz teraz koniec. "Możecie przestać?!"- dołączyłem się do kłótni. Głosy zamilkły jakby zdziwione, że się do nich odezwałem. Czekałem na jakieś odzywki, ale nic takiego nie nastąpiło. Cisza. Mogłem więc znów skupić się na swojej partnerce.
- To jak... - zacząłem swoim normalnym tonem - Wracamy zobaczyć czy nadal mamy żywe dzieci czy idziemy się gdzieś jeszcze przejść?
< Ice? Brak weny, ty będziesz musiała rozkręcić akcję XDXDXD >

sobota, 13 sierpnia 2016

Od Claris CD Astelle

Dziś udało mi się uzyskać oficjalne pozwolenie od rodziców na "zabawę" na zewnątrz, dzięki czemu nie musiałam wysłuchiwać narzekań Asami, że powinnam zostać, jeśli rodzice mi każą. Codo tej "zabawy" to chyba sami wiedzieli, że nic z tego nie wyjdzie. Ja nie będę miała ochoty się z kimkolwiek bawić i nikt nie będzie miał ochoty bawić się ze mną. Miałam do zwiedzenia jeszcze tyle miejsc! Już wcześniej postanowiłam sobie, że najpierw poznam te "bezpieczne" tereny, a potem...się zobaczy. Ruszyłam więc w stronę mostu zwanego Silver. Drogę przebyłam w miarę szybko i cieszyłam się na myśl, że nikogo nie spotkałam. Radość (rzadkie u mnie uczucie) uszła ze mnie jak powietrze z przebitego balona w chwili, gdy coś/ktoś na mnie wypadło z zarośli. Natychmiast wstałam, otrzepałam się.
- Co ty wyprawiasz!- krzyknęłam, przyglądając się z wściekłością tej istocie. Po chwili rozpoznałam w niej Astelle, córkę alf. No ładnie, jakbym nie miała na kogo nawrzeszczeć. Oby tylko nie poszła od razu na skargę do rodziców. Chociaż z drugiej strony, mogła nie wpadać na mnie tak znienacka. Moje zachowanie było uzasadnione- wszystkie te myśli przeleciały przez moją głowę w ciągu tych pary sekund, które upłynęły między moim pytanie, a odpowiedzią wadery.
- Nic, wpadłam na ciebie niechcący- powiedziała, również wstając i otrzepując się. Ruszyłam przed siebie, uznając rozmowę za zakończoną. Wadera jednak chyba nie zrozumiała moich jawnych sygnałów. Albo udawała, że nie zrozumiała. W każdym razie wyprzedził mnie i stanęła naprzeciwko, zagradzając mi tym samym drogę.
- Jestem Astelle, a ty? Claris?
- Wiem- odparłam. Na jej twarzy przez chwilę gościł grymas zastanowienia. Pewnie zastanawiała się, czy moja odpowiedź oznacz, że wie, kom ona jest, czy może wiem, kim ja jestem.
<Astelle?>

Od Reyna CD Viky

- Z chęcią- odparłem, podekscytowany tym, jakie jeszcze skarby możemy znaleźć. Przystąpiliśmy do dzieła. Co chwila któreś z nas coś znajdowało, ale były to zazwyczaj stare, bezwartościowe przedmioty typu: zwykłe skały, piasek, korzenie roślin.  W końcu postanowiliśmy zrobić sobie przerwę. Było gorącą, więc ochoczo wskoczylismy do wody. Po chwili rozpoczęliśmy wojnę na pryskanie.  W końcu jednak zaczęło robić się późno i trzeba było wracać, co by rodzice nie martwili się. Wyszliśmy z wody i osuszyliśmy się na tyle, na ile mogliśmy, po czym każde z nas wzięło swoje najbardziej wartościowe znaleziska i ruszyliśmy w stronę jaskiń. Po drodze postanowiliśmy jednak na trochę zboczyć z trasu i udać się na małą polanę. Gdy tam weszliśmy, na drugim końcu bawiła się akurat niczego nieświadoma gromadka małych królików pod czujnym okiem rodziców.
- Hej, może sami spróbujemy załatwić sobie kolację?- spytałem, podekscytowany tym, że być może już niedługo wezmę udział w moim pierwszym polowaniu.
- Przecież polowanie nie może być trudne, prawda?- dodałem po chwili.
- No nie wiem, jeśli chcesz- zgodziła się w końcu Viky. Zaczęliśmy się więc "skradać" i gdy podeszliśmy dostatecznie blisko, rzuciliśmy się do ataku. Polowanie okazało się jednak trudniejsze, niż mi się na początku wydawało. Poza tym króliki, mimo młodego wieku, były zwinne, nie mówiąc już o ich rodzicach. W końcu dałem sobie spokój. Stałem jakiś czas patrząc z niezadowoleniem na zgraję wskakujących do nory gryzoni. Nie miałem pojęcia, gdzie jest Viky. Już chciałem się odwrócić, żeby sprawdzić, czy nie ma jej za mną, lecz spostrzegłem jednego z młodych królików, który się w coś zaplątał. To była idealna okazja dla takiego łowcy, jak ja! Rzuciłem się na moją zdobycz, niestety brak doświadczenie w łowach dał o sobie znać i zamiast zabić królika, uwolniłem go, a ten dostał turbodoładowania i popędził do reszty rodzinki. Już chciałem rozpocząć za nim pościg, bo wciąż nie traciłem nadziei, że mi się uda, gdy wtem Viky jakimś cudem wykonała cudowny skok, przeskakując mnie i lądując tuż na mojej ofierze, która teraz już była jej. No cóż, może nie odniosłem sukcesu, ale postanowiłem się tym nie przejmować. W końcu moja koleżanka jest starsza i umie więcej niż ja, a polowanie, jak widać, wcale nie jest takie łatwe.
- Zrobiłaś to jak zawodowiec!- powiedziałem, podbiegając do niej.
- Nie ma czym się zachwycać, pierwszy raz mi wyszło- odparła Viky, po czym poczęstowała mnie kawałkiem królika. Odmówiłem jednak, bo wciąż nie mogłem jeść. Byłem zachwycony jej wyczynem.
- MUSISZ mnie tego nauczyć!- zawołałem.
<Viky?>

Aiden Anakone odchodzi!

Mam nadzieję, że do nas wrócisz!
 
Aiden Anakone
~~~
Zabójca