wtorek, 31 stycznia 2017

Postarzanie miesiąca

Nie, nie dosłowne postarzanie miesiącaXD
Na początek pocieszę nas statystykami (no cóż, to już po prostu tradycja, bez tego nie umiem pisać dalszego ciągu, więc wybaczcie zanudzanie was): Dołączył do nas Dorian, ale niestety nie obyło się bez odejść-wydalono Alvara, Senshiego, Alien, Kalę, Kylo, Roxan, Primrose, Anę, Ryana i Demona, z własnej woli odeszli Nandi, Mela. Alexis udała się na drugą stronę [*]. Był konkurs? Był, ale się zmył [*]. Była wyprawa? Jeszcze nie została ukończona, a w związku z odejściem Senshiego Dino ma odpisać kolejny członek-Ari (Po tym, jak wróci). Był quest od Kiry, chwalę. I to tyle w temacie..:(
Skąd ten smutek? Z tego, że jest nas tak mało. W takim gronie owszem, możemy się bawić, ale potrzeba świeżej krwi, nowych członków, którzy zastąpią inne ciamajdy, które nie potrafią się nawet odezwać do mnie. W skrócie, zaproście osoby, które będą w stanie pisać.
Niusy z opowiadań to między innymi mentalno-fizyczna walka Kiry i Blooda, Heaven i Ember. Jak zwykle zresztą...Mutanty stanęły w miejscu. Dziękuję niektórym za dotrzymywanie towarzystwa :)(
Żadna postać nie dorasta, ale rzecz jasna każda zostanie postarzona o rok.
Kojarzycie taką datę, jak 14 lutego? Walentynki, Dzień zakochanych! W związku z tym już przygotowaliśmy na poczekaniu parę eventów, które mogą was zainteresować...
1. Bonus! Każdy członek, który w okresie 2.02-14.02 znajdzie swoją drugą połówkę, otrzyma bonus związany z partnerstwem lub ciążą.
2. Poczta walentynkowa-zabawa ta polega na wzajemnym wysyłaniu sobie życzeń. Aby je komuś przekazać, wystarczy napisać dla niej wierszyk, a ja wstawię go na stronie głównej w poście. Post jest anonimowy. Ale uwaga! Wiersz nie może być bezpośrednio skierowany do osoby-musi zawierać zagadkę, która pozwoli odgadnąć, do kogo jest skierowany, a nawet kto go napisał. Można dołączyć jedno zdjęcie. W walentynki wszystko się okaże, a osoby które odgadną najwięcej zagadek, dostaną upominki.
3. Każdego członka obowiązuje napisanie opowiadania o tym, jak spędził swój czas w dniu zakochanych. Najlepiej właśnie w walentynki. Dodam, że odbędzie się wtedy bal i mała potańcówka, więc ewentualny temat już macie. Na start dostajecie za nie 35 serduszek. Za każdy błąd tracicie ich odpowiednią ilość. Ten, kto napisze opowiadanie z największą ilością serduszek, wygra nagrodę. Oto punktacja:

100 słów- -5 serduszek
200 słów- -4 serduszka
350 słów- -3 serduszka
500 słów- -2 serduszka
650 słów- -1 serduszko
800 słów- -0 serduszek

3 błędy interpunkcyjne- -1 serduszko
Każde kolejne 3 błędy interpunkcyjne- -1 serduszko (3=-1, 6=-2)

2 błędy ortograficzne- -1 serduszko
Każde kolejne 2 błędy ortograficzne- -1 serduszko (2=-1, 4=-2)

No i rzecz jasna, odejmujemy serduszka za brak związku z tematem-opowiadania o miłości między dwojgiem członków mile widziane. W zabawie 3 może uczestniczyć maksymalnie 1 postać danego członka. Nie będzie konkursu, bo chyba się do nich zraziliście, mam rację? No i w międzyczasie postaram się wymyślić nowe questy.
Tak, tak, zaraz was postarzę...A tymczasem, szczęśliwego oczekiwania na amora! I czekoladek

~Alfa Heaven, Emerytowana Alfa Layla, Emerytowana Alfa Ice i Blood

Od Layli CD Dorian

,,To co? Przejdziemy się?"-Embry. Przełknęłam ślinę, nie pokazując po sobie oznak wzbierającego uczucia. Kiedyś przejdziemy się razem wśród chmurzastych alei, łopotu skrzydeł i niekończącej się uczty. Co to za smutna minka? Nie warto marnować smutku na takie błahostki-tak, tak należy zrobić. Mniej życia, więcej szczęścia.
- Hej?-spytał poirytowany basior. Podniosłam głowę, patrząc na niego przez chwilę wnikliwie, po czym mruknęłam, wzruszając ramionami:
- Okey-wyprzedziłam go szybko, maszerując przed siebie. Uśmiechnęłam się ponownie, czując znów śnieg pod łapami. Wkrótce wilk dogonił mnie. Szliśmy sporo czasu w milczeniu, między nie mającą końca przeplatanką z pni drzew, splątanych gałązek krzaczków i krzyżujących się zwierzęcych tropów. Było już popołudnie, co złagodziło mróz. Między chmurami tańczyły białe, zwiewne promienie słoneczne, jak szare pasy na moim pysku. Las zaczął się przerzedzać, robiąc miejsce dla otwartej przestrzeni.
- Urodziłaś się tu?-pokiwałam w zamyśleniu głową-Masz szczęście...-na chwilę rozmowa się urwała, ale Dorian znów postanowił wrócić do wątku:
- Kim jesteś w stadzie?-Położyłam uszy po sobie, przewracając lekko oczami. Chciałam rozkoszować się momentami, których pewnie niewiele mi zostało. Dla mnie było to przesądzone.
- Łuczniczką-odparłam, a by naprowadzić rozmowę na właściwy tok i uśpić jego czujność, dodałam krótko:-A ty?
- Też łucznikiem-powiedział zadowolony. Nagle kątem oka zauważyłam rudy kształt. Błyskawicznie wyciągnęłam strzałę i napięłam cięciwę, celując zaledwie kilka sekund. Grot utkwił w ciele małego zwierzątka, które drgając, upadło na śnieg z głuchym pacnięciem. Na pysku basiora pojawił się niewyraźny podziw.
- Nieźle-mruknął, kiedy zabrałam zwierzę z ziemi. Przez parę lat życia nabiera się wprawy.
- Wracamy?-spytałam, dochodząc do niego.
<Dorian? Wena się rozsiadła w krześle-_->

Od Doriana CD Layla

Odgarnąłem łapą chaszcze i rzuciłem na ziemię zeschłą gałązkę. Po chwili stanąłem na nią i spod moich łap wydarł się głośny chrzęst. Samica, która stała kilka metrów dalej, prędko chwyciła należący do niej łuk, który miała przełożony przed ramię. Wyciągnęła z kołczanu strzałę i naciągnęła cięciwę, w tym samym momencie wypuszczając strzałę w moją stronę. Szybko uskoczyłem na pobliską ścieżkę.
- No no, nie wiedziałem, że matka Alfy chce zabić członków swojego stada. - powiedziałem unosząc jeden kącik warg i jednocześnie podnosząc jedną brew. Samica patrzyła na mnie osłupiała. Zapewne nie wiedziała kim jestem ani skąd się wziąłem. Przymrużyłem oczy - Dorian, miło mi. Od niedawna jestem pełnoprawnym członkiem Stada Białego Kruka. - dodałem po kilku chwilach chcąc zacieśnić konwersację. Samica zamrugała kilka razy, zapewne z powodu wokół panującego mrozu.
- Layla. Jestem matką Heavena, emerytowaną Alfą. - odpowiedziała wadera po czym położyła uszy po sobie, jakby nad czymś myślała, jednak zaraz znów je wyprostowała. Odetchnąłem głęboko tym zimnym powietrzem, które podrażniło wnętrze mojego nosa. Po chwili wypuściłem dwutlenek węgla z płuc, który natychmiast się skroplił tworząc finezyjne kłęby białej pary. Obserwowałem jak lecą ku górze, po czym całkiem zniknęły mi z oczu. Znów popatrzyłem na Laylę. Staliśmy w milczeniu od ponad trzech minut, a nadal żadne z nas nie kwapiło się by tę ciszę przerwać.
- Lepiej ruszmy się z miejsca, albo się przejdźmy, albo się rozejdźmy i pójdźmy w swoją stronę, bo jak się stoi to jest trzy razy zimniej. - powiedziałem nagle i niespodziewanie. Layla jakby oprzytomniała i popatrzyła na mnie. - To co? Przejdziemy się? - zapytałem nie otrzymując odpowiedzi.
<Layla? Wybacz, że takie krótkie ;/ >

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Od Layli CD Dorian

Lawirowałam między pniami drzew, wdychając zagłuszony mroźnym powietrzem ich żywiczny zapach. Miękki śnieg chrzęścił mi pod łapami. Zamknęłam oczy, rozkoszując się tym dźwiękiem. Wzdychając, brodziłam w puchu. Słońce wysyłało cieplejsze promyczki, ogrzewając licho moje ciało. Wreszcie między zaspami ujrzałam równe grządki pokrytych szronem róż, magnolii, kwiatów przeróżnej maści; teraz jednolitych w swym zimowym śnie. Wzdrygnęłam się lekko na widok zamarzniętego strumienia i prędko poszłam dalej. Zbliżyłam się do altanki. Mój oddech zamieniał się w kłęby pary. Położyłam się na podwyższeniu.
- Embry, czy byłeś tu? W sercu, gdzie rodzi się miód?-zadałam pytanie w przestrzeń. Uśmiechnęłam się mimowolnie.

Upiłam się tobą, połową mych lat
Nadałeś wnet życiu właściwy takt
Fruwały motyle, godzinę czy pół
Za krótko by serce obudzić ze snu

Zaśpiewałam mu krótko. Był gdzieś tam. Był w moim sercu. Daleko i blisko jednocześnie. Westchnęłam głęboko, i zamrugałam. Mróz wdzierał się wszędzie, nawet w moje oczy. Spojrzałam na niewielki guz tuż pod barkiem, i skrzywiłam się. Postanowiłam cieszyć się tym skarbem. Życie nie bywa łaskawe, kiedy się z niego nie korzysta. Spuściłam głowę, przeglądając w pamięci twarze bliskich i dalekich mojemu sercu.

Wszędzie wiszą lustra, dookoła nas
Może nadal myślisz: Jestem taki sam
Wszędzie wiszą lustra, wokół twoich słów
Kiedy się usłyszysz
Może z obcych ust

Nagle coś poruszyło się niedaleko w zaroślach. Wytężyłam wzrok i zeszłam z altany, przygotowując łuk do użytku.
- Kim jesteś? Pokaż się-powiedziałam, a łapy mi się trzęsły.
Kiedy dokładnie dostrzegłam sylwetkę między krzakami, wypuściłam strzałę. Basior ledwo jej uniknął, wyskakując na ścieżkę.
<Dorian? Prosisz i masz;)>

Od Heavena CD Ember

Westchnąłem, patrząc w górę na zbocze, po którym schodziliśmy. Mieliśmy spore szczęście. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy do jaskiń. W głowie tłukły mi się przeróżne obrazy: lina w ręku człowieka, stromy stok pokryty śniegiem, skalisty szczyt góry, tysiące gwiazd na firmamencie, brązowe futro. Wszystko w oprawie bursztynowych oczu. Nagle uderzyłem w coś twardego, a przed sobą usłyszałem śmiech. W zamyśleniu wpadłem na pień drzewa...Rozmasowałem łapą bolące miejsce, i poszedłem w ślady wadery, również śmiejąc się cicho, ale bez wesołości. Łapy wilczycy stawiały krok za krokiem. Czekoladowo-czarne futro falowało melodycznie w nikłych, zimnych promieniach słońca przenikających przez chmury i ostre kształty gałęzi na tle lasu. Wzdychając, ponownie wpakowałem się na jedno z drzew. Warknąłem z irytacją, podczas gdy Ember znów się zaśmiała. Czysty śmiech od razu mnie uspokoił.
- Jeśli tak bardzo lubisz drzewa, to nie musisz im tego okazywać-dodała. Byliśmy już niedaleko celu. Poznałem koronę krzaków i drzew okalającą polanę przed wejściem. Wbiegliśmy na górę, prześcigając się, i w pędzie skręcając do mojej jaskini, wpadliśmy na siebie i potoczyliśmy się w kąt. Śmialiśmy się długo, a później krótko rozmawialiśmy. Byłem szczęśliwy w tej chwili. Gdybym mógł ją zatrzymać...Co to sprawiało? Moja przyjaciółka. Nie, nie przyjaciółka. Miłość-podpowiedział ktoś życzliwie w mojej głowie. Nagle wezbrała we mnie fala irracjonalnego strachu. O nie, nie, nie, nie. Przełknąłem ślinę, odsuwając się od wadery na pewną odległość. Wiedziałem, że jeśli będę to dalej ciągnął, siła miłości mnie zniszczy. Bałem się jej instynktownie.
- Heav? Wszystko dobrze?-spytała zatroskana. Od razu znienawidziłem troskę w jej głosie.
- Ember, lepiej byłoby, gdybyśmy się nie...-Kochali?-pomyślałem, ale natychmiast przekształciłem to w na prostszą formę-przyjaźnili-zakończyłem zimnym tonem.
- Czemu niby?-zadała pytanie szczerze zdziwiona wadera.
- Po prostu nie możemy-powiedziałem chłodno-Ja tak dalej nie mogę.
- Jeśli masz jakieś problemy, możesz mi o tym powiedzieć.-odparła cicho.
- Z tobą mam problem!-wybuchłem-Wyjdź stąd-dodałem chłodno. W oczach wilczycy pojawiły się łzy. Nie zdziwiło mnie, kiedy dała mi mocno z liścia i wybiegła. Słyszałem oddalające się kroki. Potrząsnąłem głową, chcąc wyrzucić z siebie te myśli. Z kamienną miną na pysku postanowiłem wypełnić swoje obowiązki.
Trzy razy pytałem rodzinę, czy wszystko dobrze.
Pięć razy sprawdzałem zapasy pożywienia.
Cztery razy kontrolowałem zwiadowców i im podobnych.
Dalej nie mogłem tak żyć.
Czułem, że żałuję tego, co zrobiłem. Nie miałem siły bronić się przed miłością. Podszedłem do wyjścia i szepnąłem do siebie łamiącym głosem:
- Chciałbym cię pokochać, ale nie wiem jak...-ruszyłem galopem w poszukiwaniu Ember.
<Ember? Ale jajaXD>

Od Ember CD Heaven

Obudziłam się rano. Słońce jeszcze do końca nie wzeszło. Podniosłam się z zimnego śniegu wcale nie czując tego zimna i otrzepałam się. Na horyzoncie przebijały się rozespane - zresztą tak jak ja - jeszcze nie do końca mocne promyki słońca.Zaczęłam się obracać szukając Heavena i zobaczyłam go jak wspinał się do mnie z sarną i zrzucił pod moje łapy uśmiechając się. Odwzajemniłam ten gest, podziękowałam i zanurzyłam pysk w świeżym mięsie. A samiec po chwili obserwowania mnie zrobił to samo. Popoisłku ruszyliśmy w dół stromego zbocza w drogę powrotną do stada uważając by nie upaść. Nie dość, że zbocze było strome, zaczął wiać silny wiatr, było wiele przemieszczających się kamieni które utrudniały ruch i raniły łapy, byliśmy na dużej wysokości to jeszcze był śnieg po łapy i lód. Ale na szczęście cudem trafiliśmy bezpiecznie na ziemie obok gór.
<Heaven?>

Od Doriana

Jaki jest sens życia? Po co rano wstajemy, myjemy się, idziemy do szkoły, 'pracy'? Po co w ogóle wstajemy z łóżka, przecież i tak do niego wrócimy...
Podobno życie to nie jest zgadywanka co odpowiedziała większość tak jak "Familiada" czy "Zgaduj, zgadula". Podobno żyje się na sto procent i trzeba postawić na jedną odpowiedź oraz być pewnym, lub niepewnym, swojej odpowiedzi, swojego wyboru tak jak "Postaw na milion". Ech. Czasem w życiu zdarzają się zaskakujące i niewytłumaczalne przypadki, które można uznać za para nienormalne. Te przypadki to próba charakteru. Życie jest pełne niespodzianek i czasem nasza zapadnia szczęścia, która do tej pory była zasłonięta i trzymała się mocno. Szczęście nie ustępowało aż tu nagle, pufff, i zapadnia się zapada ukazując czarną czeluść. Czeluść, która ziała czarnym nieszczęściem..
~*~
Obudziłem się w miejscu gdzie wcześniej zasnąłem i utkwiłem swój wzrok na pniu dębu, na którym balansowały słabe promienie słońca. Uniosłem ciężar swojego ciała i stanąłem na czterech łapach. Ziewnąłem szeroko. Miałem wrażenie, że przespałem całe wieki, a w rzeczywistości minęło kilka godzin. Obejrzałem się dookoła. Było zimno i wiał silny, mroźny wiatr. Postanowiłem pójść na orzeźwiający, poranny spacerek którąś z wybranych ścieżek. Poszedłem losową. Patrzyłem na prawie bezchmurne niebo i, o dziwo, białe płatki lecące z nielicznych chmur. Nagle przed sobą poczułem zapach wilka. Dokładniej samicy.
<Jakaś samica?>

Od Blood'a CD Kira

Uśmiechnąłem się jadowicie, gwiżdżąc pod nosem.
- Tak, nienawidzę cię-rzekłem grobowym tonem-i właśnie dlatego tu zostanę-dodałem z udawaną radością. Na pysku Kiry od razu pojawił się grymas złości, ale też bólu i zmęczenia. Wydało mi się to trochę dziwne jak na niego. Może wreszcie pan los okaże się tak łaskawy, że zabierze potwora z tego świata?-pomyślałem z entuzjazmem. Zapadła między nami chwila milczenia, podczas której basior podniósł się ze śniegu i zaczął człapać w stronę granicy doliny. Wywróciłem oczami, patrząc na jego nędzne wysiłki. Widać było, że szykuje się na łoże śmierci. Nie na mojej zmianie. Szybko pobiegłem do przodu i zanim się zorientował, wsadziłem go na swój grzbiet. Z moją siłą taki ciężar nie był dla mnie wielkim wyzwaniem. Wyzwaniem było donieść go do jaskiń.
- Puszczaj, d*pku!!!-wrzeszczał mój bagaż.
- Cicho, kretynie. Jeśli ktoś ma cię załatwić, to ja. I nie za darmo-uśmiechnąłem się pod nosem. Nie do końca wiedziałem co mu jest, ale postanowiłem za wszelką cenę go z tego wyleczyć. Później słono mi za to zapłaci. W marszu przywiozłem Kirę na miejsce, tuż pod próg jaskini medyka. Dino od razu zainteresował się ,,poszkodowanym". Własnym debilizmem-dodałem w myślach.
- Miałeś styczność z mutantem...?-spytał, a raczej stwierdził mój brat. Stałem w progu, bawiąc się sytuacją jak kłębkiem wełny.
- Nie-mruknął wilk, robiąc oburzoną minę.
- Aha...Nie chcę niczego przepowiadać, ale...zdajesz sobie sprawę, że jad jest śmiertelny? Podejrzewam, że to Wather-medyk odsunął się i zaczął przetrząsać przeróżne leki i zapasy. Następnie podszedł do basiora, szepcząc coś niewyraźnie:
- No...To...e damy rady-zamrugałem, nie wierząc własnym uszom. Zamierzałem już zejść ze sceny. Trochę szkoda było mi Kiry. Przede wszystkim tego, że w każdej chwili mógł mi zapewnić rozrywkę i krew. Wtem usłyszałem wypowiedź Reyna, pielęgniarza:
- Mam pomysł-medyk nadstawił uszu-Możemy przecież upuścić krew, w której znalazła się trucizna...
- Nie wiemy nawet, gdzie już się rozprzestrzeniła, a pewnie na cały organizm. Nie chcę być wredny, ale to prawda-odparł chłodnym tonem Dino.
- Nie zaszkodzi spróbować-zasugerowałem, wbijając w brata wzrok jak stalowy pręt. Obnażyłem kły, podczas gdy medyk badał różne miejsca.
- Wygląda na to, że trucizna jest tylko w tylnej nodze-mruknął, oddzielając bandażem tylną część ciała Kiry i zaciskając go bardzo mocno, by toksyny nie przedostawały się dalej. Poczułem chęć rzucenia się na rannego basiora. Potrząsnąłem głową. Muszę jeszcze troszkę poczekać.
<Kira?>

Od Blood'a CD Delacroix

Zacisnąłem zęby, sycząc przez nie cicho. Przesunąłem przednie łapy znacznie do przodu, ignorując ból w barku, i spróbowałem kolejny raz podnieść się do góry, by stanąć w normalnej pozycji. Ból ran przypominał przykładanie soli do zadrapania. Mogłem wcześniej się nie kłaść. Powoli udało mi się wstać. Przynajmniej pod łapami czułem miękki śnieg, który pozwolił mi się względnie ustabilizować. Westchnąłem, spoglądając w dół na ziemię. Co chwila pojawiały się na niej czerwone kropelki, barwiąc puch na jeszcze bardziej krwiste odcienie. Oblizałem resztki krwi wrogów z kłów, przy okazji spoglądając na waderę umazaną we krwi, choć wcale nie walczyła. To ona...to jest krew-poczułem nieznane, dziwne mrowienie rozchodzące się po ciele. Dodawało mi trochę sił, lecz nie na długo. Kiedy Delacroix napotkała mój wzrok, natychmiast odwróciłem głowę, wzdychając. Podniosłem pysk i spojrzałem na wprost siebie, na kwadratowe zakręty ulic i śmieci leżące po bokach. Nie omijając wystających rzeczy, trudno było się tu poruszać. Poczłapałem naprzód.
- Zaczekaj-mruknęła cicho wilczyca i dogoniła mnie. Warknąłem zwyczajowo z irytacją. Poruszaliśmy się tempem ślimaka w dzikim galopie, ale przynajmniej nie staliśmy w miejscu. Na dodatek musieliśmy nie tylko uważać na śmieci, lecz także obserwować otoczenie w poszukiwaniu posiłków wroga lub kolejnych przeciwników. Czujnie wpatrywałem się w horyzont, i przez to nagle runąłem jak długi. Moja łapa zaplątała się w kable. Wadera od razu chciała mi pomóc, ale warknąłem głucho, kładąc po sobie uszy, co podziałało. Na początku próbowałem je rozplątać, ale wkurzony zacisnąłem na nich szczęki. W tym momencie z bliska usłyszeliśmy warczenie silnika.
<Delacroix? Jakieś kocencpje? (A może anty-koncepcje:pXDDDD)>

Alien, Alvar i Senshi odchodzą!

Alvar
~~~
Zwiadowca, Przywódca szpiegów


Wyświetlanie tumblr_msznavD19x1s03x0vo1_500.jpg
Alien
~~~
Łowca, szpieg, Przywódca obrońców

Senshi
~~~
Strażnik, Doradca pary Beta

Powód: Wydalenie ze stada, Kompletne ignorowanie administracji

Nowy samiec!

Dorian
~~~
Łucznik

niedziela, 29 stycznia 2017

Od Kiry CD Blood

Ignorując słowa Blood'a, spróbowałem odskoczyć, ale było za późno. Poczułem, jak małe ostrze wbija się w mój ogon. Odwróciłem się i ujrzałem uśmiechniętą jadowicie Hajfę, trzymającą w łapie malutki, wcześniej dobrze ukryty sztylecik, ociekający zielono- żółtą mazią. Wilczyca nie miała już zbyt wiele życia. Nie zastanawiając się długo, doskoczyłem do niej i zakończyłem jej nędzny żywot. Następnie odwróciłem się i, znów ignorując Blood'a oraz jego zdziwioną minę, minąłem go i ruszyłem w stronę stada. Musiałem się pospieszyć, jeśli chciałem dotrzeć do stada na czas. Po chwili usłyszałem za sobą czyjeś kroki, a następnie obok mnie pojawił się czarny wilk.
- Co to miało niby być?- zapytał wyraźnie zdziwiony.
- To, przed czym chciałem cię ostrzec. I zrobiłbym to, gdybyś zechciał mnie posłuchać- powiedziałem, nie zatrzymując się.
- Czyli co dokładnie?
- Hajfa jest z jednej strony mądra i przebiegła, z drugiej strasznie głupia. Przez ten krótki czas, kiedy z nią przebywałem, zdradziła mi kilka sekretów o sobie i stadzie- odparłem.
- W takim razie może zechcesz teraz zdradzić mi coś więcej?- zapytał Blood, choć brzmiało to bardziej jak rozkaz.
- Nie mam więcej czasu- odpowiedziałem i przyspieszyłem do biegu. Biegłem jak najszybciej, jednocześnie musiałem uważać, gdyż wysiłek fizyczny powodował, że serce szybciej biło, krew przyspieszała i trucizna znacznie szybciej rozchodziła się po moim ciele. Wiedziałem, co było antidotum, jednak ta roślina była niezwykle rzadka i na pewno nie występowała tu, gdzie obecnie przebywaliśmy. Liczyłem na to, że może będzie miał ją medyk w naszym stadzie, ale tak naprawdę oszukiwałem sam siebie.
- Dokąd tak pędzisz?- zapytał Blood, dobiegając do mnie.
- Do domu wracam, a ty nie?- odparłem nieco zirytowany. Wilk nie wytrzymał i rzucił się na mnie, przygniatając do ziemi. Od razu go z siebie rzuciłem i zacząłem dalej biec. Po kilkunastu metrach trucizna jednak dała w końcu o sobie znać i przewróciłem się. Zanim wstałem, Blood zdążył mnie dogonić.
- Powiesz mi w końcu, co ty odpier*zielasz?!- wrzasnął naprawdę wkurzony.
- Może za jakiś czas, jeśli dożyję- odparłem cicho. W moją odpowiedź starałem się włożyć jak najwięcej jadu.
- Co masz na myśli?- zapytał.
- Wiem, że mnie nienawidzisz, więc bądź łaskaw mnie po prostu zostawić!- wrzasnąłem.
<Blood? Co do ognia, to zastanawiałam się, gdy pisałam i doszłam do wniosku, że może być, bo narzędzi i broni wilki też nie używają, poza tym Ice w jakimś twoim opku miała chyba pochodnie i biegła z nią i z Archerem w las, czy coś takiego. Poza tym, nie chcę umierać XD>

Od Blood'a CD Kira

Podniosłem ucho, ale dotarł do mnie jedynie ton wypowiedzi Kiry, który sugerował, że nie należy przejmować się tym upierdliwym idiotą. Odwróciłem głowę w drugą stronę, powoli zasypiając.
~Rankiem~
Kiedy wyściubiłem nos z namiotu, na czarnym od popiołu śniegu leżały ciemne zgliszcza (przy okazji: jak niby wilk ma rozpalić ognisko??? Nie umie, więc....nieważneXD). Nikogo w pobliżu nie było, co dawało szansę na to, że szanowny pan się wynosi. Może w końcu się odpierdoli-pomyślałem z nadzieją. Rozmontowałem namiot, odsuwając kije podtrzymujące płachty, zebrałem ekwipunek i stanąłem pośrodku płaskiej, białej przestrzeni, tak przejrzystej i czystej, że bolały oczy. Choć pod śniegiem to pustkowie wyglądało inaczej, z warstwy puchu wyglądały charakterystyczne drzewa i punkty obserwacyjne. Z tego, co mówili członkowie, Hajfa mieszka gdzieś z dala od reszty swojej watahy, co samo w sobie było dla mnie korzyścią. Na północy tego pustkowia. Ruszyłem naprzód starając się zapamiętać rzeczy, które mijałem. Wlokłem się już tak z pół dnia, zanim zrobiłem sobie postój. Krajobraz był praktycznie niezmienny, może tylko skały wystające spod śniegu zmieniły swą barwę na czerwono-paskowaną. Wtem w oddali zobaczyłem niewielki zagajnik z uschłych, matowych pni drzew. Tuż przed nim znajdowało się coś na kształt skalnego iglo.
- To musi być tu-szepnąłem do siebie. Upewnił mnie o tym Kira, przeczesujący teren poza kryjówką. Przykucnąłem i zacząłem czołgać się w śniegu w jego stronę, uśmiechając się na samą myśl. Znajdowałem się parę metrów od niego, i gwałtownie wyskoczyłem w górę, siadając tuż za nim. Basior odwrócił się nagle, piorunując mnie wzrokiem.
- No proszę, znalazłeś już sobie rozrywkę?-spytał kąśliwie, sypiąc na mnie śnieg. Prychnąłem, i odwróciłem się. Zabawa była skończona. Teraz czas na pracę. Tej k*rwy najwyraźniej nie było w domu. Zacząłem rozsypywać przed wejściem potłuczone naczynia, a ich ślady prowadziły do najgęstszego miejsca w zagajniku. Nie mogłem rozbijać obozowiska; to by mnie zdradziło. Czatowałem za krzakami, a moje czarne futro maskowało mnie na tle gałęzi. Leżałem na zmarzniętej ziemi przez dłuższy czas, przez co wszystko mi zdrętwiało. Wtedy usłyszałem dźwięk ciągania czegoś po ziemi. Wilczyca wracała, wlokąc za sobą niewielkie zwierzę. Zlizałem resztki krwi po ostatniej potyczce. Nie mogłem się już doczekać. Tak jak się spodziewałem, Hajfa zauważyła potłuczone kawałki i po chwili wahania zaczęła iść ich śladem. Kiedy doszła na środek pola, powiedziała jadowicie:
- Pokaż się-i wysunęła broń-sztylet. Wyszedłem z kryjówki, otrzepując się ze śniegu i trzymając łańcuch opony, zamachnąłem się nim natychmiast. Koło opadło na nią, uniemożliwiając jej swobodne ruchy.
- To nie fair!-wrzasnęła z wściekłością, drąc ,,więzienie" na strzępy. Lecz nim całkowicie się uwolniła, kilof dosięgnął ją, robiąc na barku głęboką ranę. Wadera obnażył kły i zaczęła biec w moją stronę, ale znów broń dalekiego zasięgu ją powstrzymała. Pokręciłem głową z kpiącym uśmiechem, i przybliżyłem się trochę, tym razem celując w łopatkę. Przeciwniczka zrobiła unik. Następnym razem udało mi się ją trafić w prawy bok, co znacznie ją osłabiło, ale i rozwścieczyło. Dosięgnęła mnie w końcu, raniąc w szyję. Syknąłem, uderzając ją kilofem w brzuch. Efekty były większe niż się spodziewałem, bo wilczyca zgięła się w pół. Jeszcze raz zadałem cios w jej brzuch i grzbiet, radując się wyrazem cierpienia na pysku.
- Naprawdę?-mruknąłem, podchodząc do leżącej na ziemi Hajfy. Rany były dość głębokie, by uniemożliwić jej obronę.-To tak umiera wielka s*ka WKP?-chwyciłem ją kłami za krtań, chcąc je zacisnąć, ale ktoś wleciał na mnie z boku i zepchnął z niej.
- Stój!-krzyknął Kira, zasłaniając waderę. Poczułem, jak pulsuje we mnie żądza mordu.
- Zakochana para, Hajfa i Kira, siedzą na równinie i całują świnie-wyrecytowałem na szybko, przygotowując broń do użytku.
<Kira? Po kim Blood ma te cięte riposty?XD>

sobota, 28 stycznia 2017

Od Delacroix CD Blood

Ostatnie, co pamiętam, to czerwień. Wszędzie. Dookoła. Czyjaś bliskość. A potem tylko ciemność, pustka, cisza.
~~Nieokreślony czas później~~

Powoli otworzyłam oczy. Pierwsze, co zobaczyłam, to czerwony śnieg i trupy. Wszystko przykryte lekko świeżą warstwą białego puchu. Cała ta biel wymieszana z czerwienią na początku oślepiły mnie i musiałam na chwilę zakryć oczy łapą. Następnie poczułam ból. Wszędzie. Jakby całe moje ciało zaczęło się dopiero budzić do życia. Wtedy też przypomniałam sobie, co się działo, zanim straciłam przytomność. Teraz już wszystkie rany niemiłosiernie mnie piekły. Obróciłam głowę w bok i ze zdziwienie oraz lekkim przestrachem spostrzegłam, że obok mnie leżał Blood. Wyglądał koszmarnie. Był ranny, cały we krwi. Chociaż ja pewnie wcale nie wyglądałam lepiej. W tej samej chwili wilk także zaczął się budzić. Otworzył oczy i na chwile nasze spojrzenia spotkały się. Była to jednocześnie najstraszniejsza, ale i jedna z najbardziej fascynujących chwil w moim życiu. Przez ten krótki moment ujrzałam w jego spojrzeniu nieograniczoną dzikość, rządzę mordu, ale też... sama nie wiem co. Trwało to jednak co najwyżej sekundę, gdyż dłużej nie byłam w stanie wytrzymać jego spojrzenia i odwróciłam wzrok. Blood spojrzał dookoła.
- Nic ci nie jest?- spytał, próbując przyjąć pozycję siedzącą. Zdziwiło mnie to, że Blood wykazał jakieś oznaki troski o kogoś innego. Chciałam mu odpowiedzieć coś w stylu: "A nie widzisz?" jednak nie miałam siły na bycie złośliwą. Poza tym, postanowiłam docenić w ten sposób jego przemianę, chociaż była ona zapewne chwilowa.
- Przeżyję. Bywało gorzej. A co z tobą?- zapytałam, także próbując usiąść. Kosztowało nas to mnóstwo wysiłku, ale już po chwili byliśmy w pozycji siedzącej. Oboje podtrzymywaliśmy się przednimi łapami, na których oparliśmy większą część swojej masy.
- Czuję się nie najgorzej- powiedział, choć jego wygląd mówił co innego. W końcu walczył i oberwał o wiele gorzej, niż ja.
- Musimy się jak najszybciej pozbierać. Oni mogą mieć jakichś sojuszników, którzy pewnie już ich szukają- powiedział, usiłując wstać, jednak od razu powrócił do poprzedniej pozycji, kurcząc się lekko z bólu.
- W tym stanie za szybko nigdzie nie dojdziemy. O ile w ogóle można mówić o przemieszczaniu się, a o walce to już... lepiej nie mówić- powiedziałam, także próbując wstać. Po chwili mi się to udało. Blood rozpoczął kolejną próbę.
<Blood?>

Od Blood'a CD Delacroix

Miałem już serdecznie dość jej chorobliwego uporu. Stałem naprzeciwko wadery, mrożąc ją wzrokiem. Czego niby od niej oczekujesz? Rozwal sytuację-powiedział głos. To nie jest sytuacja-odparowałem mu w głowie z nutką cynizmu. Zamknąłem oczy i na chwilę utonąłem we wrażeniach. Delikatne, powolne przesuwanie się mas śniegu po zboczu. Ciche szuranie łap, bardzo blisko. Kwik jakiegoś zwierzęcia. Odgłos łamanego drewna. Krzyki. Z End City. Bingo! Ponownie spojrzałem na świat, i zobaczyłem zaniepokojoną wilczycę, nie do końca zdecydowaną. Niespodziewanie wystrzeliłem do przodu jak z procy. Delacroix już zrobiła unik, ale byłem szybszy. Prześlizgnąłem się między nią, a skalną ścianą, i zwolniłem do truchtu.
- Co ty robisz?!-krzyknęła zaskoczona. Warknąłem, i odwróciłem do niej pysk z jadowitym uśmiechem. Po tym wróciłem do marszu w kierunku zniszczonego miasta.- Powiesz mi łaskawie, co chcesz zrobić? Tak się nie da pracować!-dobiegła do mnie, i popchnęła lekko. Odwdzięczyłem się kopniakiem.
- Sprawdzić to, nielogiczne?-wycedziłem przez zęby. Dalsza droga przeszła nam w napiętym milczeniu. Wkrótce na horyzoncie pokazały się ponure, czarne wieżowce, z białymi czapami, ziejącymi ciemnością wybitymi oknami i wszechobecną grozą. Pod śniegiem zaczęły chrzęścić jakieś druty kolczaste i metalowe puszki. Zbliżaliśmy się do jednej z wielu ulic. Dźwięk nasilał się, i brzmiał teraz jak chichot połączony z rozpaczliwym wyciem. Kątem oka zerknąłem na wilczycę, po czym centymetr po centymetrze oddaliłem się w cień budynku. Ona poszła dalej, a ja skręciłem na prawo. Urywany, chrapliwy odgłos był tuż-tuż. Wychyliłem głowę zza rogu. W pułapce obwiedzionej jakimiś sznurami wisiało dziwne stworzenie, jak nagi szczur, i piszczało przeraźliwie. Serio?!-spodziewałem się po tej ruderze czegoś lepszego. Kopnąłem ze złością najbliższą butelkę, i wróciłem tą samą trasą na miejsce, skąd odłączyłem się od wadery. Nie było jej tu, ale na śniegu wyraźnie znaczyły się wilcze ślady. Wpatrując się w nie, szedłem za zapachem. Nagle gdzieś niedaleko rozległ się przerażony krzyk, a tuż po nim odgłosy szamotaniny. Bezszelestnie w biegu podkradłem się pod osłoną mroku do punktu, z którego mogłem obserwować wydarzenie.
Na ziemi, z drobną raną na barku, leżała Delacroix, wpatrując się w otaczający ją krąg różnych zwierząt: lisa, siedmioro psów i jednego wilka. Prześladowcy uśmiechali się, wyraźnie czymś usatysfakcjonowani.
- Nieładnie wchodzić na czyjąś posesję-odezwał się młodszy basior.
- O tak, Geral. Nie ma co, szczęście nam sprzyja-wyszczerzył do niego zęby lis.
- Koniec pogaduszek-uciął barczysty, czarny dog-Na ile nam to starczy?-w tym momencie wilczyca postanowiła wykorzystać ich nieuwagę, i podniosła się, uderzając brązowego mieszańca spaniela prosto w pysk. Reszta psów zareagowała błyskawicznie, powalając ją i zadając kilka bolesnych ciosów. Wadera jęknęła.
- Sądzę, że na dwa dni z pewnością-rzekł zjadliwie starszy owczarek, kładąc po sobie uszy.
- Więc zapraszamy na obiad-w szarości dnia dostrzegłem przerażony wyraz pyska Delacroix i obłęd w oczach młodego wilka. Westchnąłem, i zawróciłem, pozostawiając to zadanie im. Jednak nie mogłem się poruszyć, jakby niewidzialna siła trzymała mnie w miejscu. Przełknąłem ślinę, i obejrzałem się do tyłu w momencie, w którym ciemny pies chwycił kłami łopatkę wadery, rozrywając ją. Krzyk wilczycy zmieszał się z wypływającą z rany krwią. Źrenice momentalnie mi się zwężyły. Czułem napięcie swoich mięśni, adrenalinę budzącą śmierć do życia. Obnażyłem kły, warcząc głucho. Pij. Ugaś, proszę, pragnienie. Zabij.-przełącznik w mojej głowie pstryknął, wyłączając zdolność zbędnego myślenia. Wrogowie dostrzegli mnie dopiero w momencie, kiedy skoczyłem do przodu. Wiedziałem tylko jedno: Zabić. Runąłem całym ciężarem na jednego z mieszańców, zabijając go samą siła uderzenia. Cichy jęk uleciał z jego piersi wraz z duszą. Odwróciłem się do innych z obłędem w oczach. Niektórzy wzdrygnęli się, ale potem ruszyli do ataku. Wściekłość potęgowała moją siłę. Rzuciłem się im naprzeciw, wbijając kły głęboko w gardło owczarka. Zacząłem szarpać ciałem na wszystkie strony, podczas gdy krew tryskała z jego żył. Prawie nie zwracałem uwagi na rany zadawane przez jego towarzyszy. Rozkosz upojenia dawała mi więcej mocy ponad wszystko. Spróbowali rzucić się na mnie wszyscy razem, ale z prędkością jaszczurki wymknąłem się, i dopadłem młodego basiora. Przeciwnik zaczął zaciekle bronić się pazurami. W jego źrenicach błąkał się autentyczny strach. Z satysfakcją rozprułem kłami jego bok. W środku pulsowało serce, które przebiłem pazurem. Ten natychmiast wyzionął ducha. Wtedy ktoś złapał mnie za łydkę, powalając na ziemię. Z rany na moim grzbiecie obficie ciekła krew. Z mojego gardła wydobył się cichy pomruk, który zamieniłem na zdecydowany cios w szczękę spaniela. Następnie zgarnąłem go do siebie, i zakończyłem nędzny żywot. Bez litości dorwałem kolejną dwójkę, prując zębami i pazurami ich ciała na krwawe strzępy, jak zabawki. W dzieciństwie miałem taką jedną. Stare szczurki, których zawartość mogłem wciąż analizować na nowo. Ale to było zdecydowanie lepsze. Fizyczny ból przestał się liczyć. Naokoło mnie pozostało tylko dwoje wrogów: lis i czarny dog. Uśmiechnąłem się, ocierając krew z pyska. Pies ruszył pierwszy do ataku. Uderzył we mnie z siłą, jakiej się nie spodziewałem. Przez chwilę leżałem na śniegu, ale już po paru sekundach odepchnąłem go od siebie. Na jego łapie zrobiłem krwawy ślad. Przeciwnik chybił do celu o kilka milimetrów, chwytając mnie za ucho. Napiąłem mięśnie, wydając cichy jęk. Wywinąłem się, i nim zdążył oszołomiony się obronić, zacisnąłem szczęki na jego krtani.
- A...-wykrztusił pies. Zaczął drgać w powolnej agonii, a moje kły wbijały się mocniej. Krew napłynęła mi do ust, łechcząc podniebienie. Przymknąłem oczy, chłonąc jej aromat. Wtem kość gruchnęła, i głowa odpadła od tułowia, tocząc się przez moment po podłożu. Zamarzł na nim wyraz śmierci.
- Prze...ssss...Aa!-krzyknęła wadera. Serce zabiło mi mocniej, kiedy odwróciłem się. Ten chytry lisek zaczął ją ciągać i atakować. Była na tyle osłabiona, że nie mogła się obronić. Instynkt popchnął mnie do przodu. Resztką sił przygniotłem go, i z pasją oderwałem pazurami jedną z kończyn. Lecz wróg zwinnie na trzech łapach skoczył mi na grzbiet, i zaczął gryźć tylną nogę. Zamglone oczy Delacroix patrzyły na mnie jakby nieobecne. Wzdychając, skończyłem tę parodię. Zamrugałem gwałtownie, strzepując krew z pyska. Wszystko pokryte było krwią. Czerwony puch zaczął grzebać martwe ciała. Świeży śnieg zakrywał krew na moim futrze. W krwawym zachodzie słońca wirowały niewielkie tornada śnieżynek. Dopiero teraz ból zaczął mi dokuczać i cholernie palić. Dysząc, doczołgałem się do Delacroix, i położyłem głowę na jej boku. Zlizałem językiem trochę ciepłej krwi.
<Delacroix? Mój boże, co to za moda na deady?XD>

piątek, 27 stycznia 2017

Od Delacroix CD Blood

- Dlaczego twoja reakcja mnie nie dziwi? Ach no tak, ponieważ spędziłam już z tobą wystarczająco dużo czasu, żeby się trochę do ciebie i twojego zachowania przyzwyczaić. Chociaż czort wie, co tam jeszcze w tobie siedzi- powiedziałam.
- Dobrze to ujęłaś, bo nawet ja sam nie wiem, co we mnie tkwi. Dlatego dla twojego dobra, radzę ci więcej nie wchodzić mi w drogę, zrozumiałaś?- kończąc swoją wypowiedź, Blood szybko odwrócił się i przygniótł mnie do ziemi.
- Oszalałeś? Złaź ze mnie, psychopato!- zawołałam, usiłując go z siebie zrzucić.
- To mnie zmuś- odparł, złośliwie się uśmiechając.
- Ale teraz na poważnie. To ostatni raz, kiedy toleruję twoją obecność w pobliżu mojej osoby- dodał po chwili, poważniejąc. Następnie zszedł ze mnie, a ja wstałam i szybko otrzepałam się ze śniegu. Potem ruszyliśmy na dalszy patrol. Znów szliśmy w milczeniu, a Blood prowadził. Zaczęłam bawić się w psychologa i zastanawiać nad tym, jaki dokładnie on jest i dlaczego taki jest. Było to nie lada wyzwaniem, skoro on sam raz zachowywał się, jakby nie znał odpowiedzi na te pytania, innym razem twierdził, że ożywia go śmierć innych. Aż wzdrygnęłam się na wspomnienie tej sytuacji, gdy mi to powiedział. Doszłam do wniosku, że ten wilk musi mieć ze sobą jakiś problem czy coś. Czyli tak naprawdę nadal wiedziałam tyle, co na początku. Szłam tak zatopiona we własnych myślach i zupełnie przestałam skupiać się na otoczeniu, co jest przecież głównym zajęciem zwiadowcy. Z tego też powodu nie zauważyłam, że Blood się zatrzymał i na niego wpadłam.
- Co robisz?!- krzyknął szeptem.
- Przepraszam, zamyśliłam się. Dlaczego właściwie stanąłeś?- powiedziałam, wracając do rzeczywistości.
- Niezły z ciebie zwiadowca, pogratulować- odparł.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi. I dlaczego mówimy szeptem?
- Ty szepczesz, bo ja to robię. A ja szepczę, bo moją uwagę przykuł dziwny dźwięk, więc łaskawie ucisz się i pozwól mi to sprawdzić.
- Jaki dźwięk?- spytałam.
- Cicho- rzucił tylko Blood i ruszył sprawdzać teren. Ja zostałam w miejscu i wytężyłam słuch. Liczyłam na to, że coś także usłyszę. Po chwili faktycznie tak się stało.
- Znowu ten dźwięk- mruknął.
- Uważasz, że to coś niebezpiecznego?- spytałam, ledwo powstrzymując się od śmiechu.
- Mam taką nadzieję. Być może jest tu jakiś potwór, który łaskawie zgodzi się ciebie zjeść, dzięki czemu nie będę musiał się dłużej z tobą męczyć- odpowiedział.
- Jesteś okropny- odparłam.
- Wiem i jestem z tego dumny.
- Z tego, że jesteś okropny, czy może z tego, że o tym wiesz?- spytałam.
- Przestań, teraz mamy ważniejsze sprawy na głowie- odparł.
- Wiesz, muszę cię zasmucić. To nie jest żaden dziwny stwór.
- A skąd to niby wiesz?
- Bo przed chwilą blisko nas, tuż nad twoją głową, przeleciał duży puchacz- odpowiedziałam.
- Ściemniasz. Nie pomyliłbym odgłosu skrzydeł z... z niczym. Poza tym, sowy w dzień śpią, prawda?
- Niby tak, ale ja nie kłamię- odparłam, starając się go przekonać, że naprawdę go nie wkręcam.
- Taa, jasne, a żółty śnieg można jeść- zaczął ze mnie szydzić. W tym samym momencie tuż nad naszymi głowami przeleciała druga sowa. Tym razem Blood nie mógł jej nie zauważyć.
- Ha! I co mi teraz powiesz "panie wszystkowiedzący i wszystkoumiejący"?- zapytałam. Blood nic nie odpowiedział. Między nami zaległa chwila ciszy. W końcu wilk ruszył naprzód.
- A ty dokąd?
- Dokończyć patrol. Przecież takie było moje zadanie- odparł.
- Dobra, odłóżmy żarty na bok. Może rzeczywiście coś słyszałeś? W końcu, jak już wspomniałeś, sowy w dzień śpią, to znaczy, że te dwie albo lunatykują, albo coś musiało je spłoszyć- powiedziałam, podbiegając mu drogę. Następnie stanęłam naprzeciw niego, uniemożliwiając mu tym samym dalszą wędrówkę.
<Blood?>

Od Blood'a CD Delacroix

Taa, jasne. Nie będziecie mnie traktować jak nieporadną, słodką maskotkę-pomyślałem, przygryzając wargę. Ale w sumie, dalszy opór nie miał sensu. Dałem im bezgłośne przyzwolenie. Oboje westchnęli z ulgą.
~Dwa tygodnie później~
Leżenie w jaskini medycznej było dla mnie torturą. Co jakiś czas Dino z Reynem zmieniał mi opatrunek, nawet Delacroix raczyła się zjawić. Pewnie tylko po to, by upewnić się, czy już zdycham. Kiedy w końcu po około dwóch tygodniach, ciągnących się latami, mogłem wyjść, nogi miałem jak z waty. Pierwsze parę kroków było trochę chwiejne, ale gdy się ponownie przyzwyczaiłem do chodzenia, od razu pędem skierowałem się do wyjścia, zapominając o wszystkim. Byle dalej od jaskiń.
- Blood!-usłyszałem za sobą głęboki, znajomy głos. Z mojego gardła wydobył się groźny pomruk, ale zatrzymałem się na środku korytarza, i mruknąłem wkurzony:
- Czego?-przy okazji kątem oka spojrzałem do tyłu. Heaven, z łagodnym wyrazem twarzy, opierał się o ścianę. Tuż koło niego stała Delacroix, dość chyba zaniepokojona. Przewróciłem na ten widok oczami.
- Jeden ze zwiadowców źle się czuje. Dlatego pomyślałem, że zastąpisz go i skontrolujesz z Delacroix granice-odparł. Zatkało mnie. Przez chwilę chciałem twierdzić, że to jakiś głupi żart, ale mój brat mówił poważnie. Źrenice wyraźnie zwężyły mi się, i warcząc przyparłem basiora do ściany.
- Ty...-syknąłem z wściekłością-Jak śmiesz!-włożyłem w to słowo dawkę jadu, która zabiłaby konia. Nagle Heav wyraźnie spochmurniał.
- Tak, śmię. Jestem Alfą, a ty członkiem stada. I będziesz wykonywał to, co do ciebie należy.-z trudem odepchnął mnie od siebie, i nim zdążyłem coś powiedzieć, odszedł w głąb tunelu. Zacisnąłem zęby, powoli odwracając się w stronę wadery. Minąłem ją szybko, tupiąc głośno. Wilczyca ruszyła za mną na zewnątrz. Szliśmy w milczeniu, wytężając wzrok i wpatrując się w pustą białą przestrzeń wypełnioną pniami drzew. Jakim cudem dałem się na to namówić, nie wiem. Postanowiłem jak najszybciej pozbyć się tego balastu w postaci towarzystwa i wrócić do rzeczy znośniejszych. Szepcząc pod nosem rozmaite przekleństwa, szedłem wzdłuż Kamiennych strażników. Po kiego grzyba mamy się tu włóczyć? NIC tu nie ma.-trochę zdziwiło mnie to niewinne słówko ,,mamy" w mojej głowie, ale zignorowałem to. Wtem moje rozmyślania przerwała cicho Delacroix:
- Ostatnio kręcą się tu dziwne typki. Nie wygląda na to, żeby byli przyjaźnie nastawieni.-na moment zamilkłem.
- Może chcesz się przekonać o moim nastawieniu, hę?-odpowiedziałem zaczepnie, obnażając kły.
- Mów sobie, co chcesz, ale jeśli będzie wojna, wszyscy będziemy na celowniku.-na myśl o potyczce adrenalina od razu zaczęła we mnie buzować. Dawno nie czułem tego wyjątkowego smaku krwi.
- To wspaniale-odparłem luźno.
<Delacroix?>

czwartek, 26 stycznia 2017

Od Kiry CD Blood

Blood mierzył mnie wzrokiem mordercy patrzącego na swoją ofiarę tuż przed dokonaniem najcięższej ze zbrodni. Mimo to, nie zrobiło to na mnie wielkiego wrażenia. Byłem już do tego przyzwyczajony.
- Co ty tu NADAL robisz?!- wrzasnął w końcu.
- Zwiedzam okolicę. Przy okazji, prosiłbym, aby szanowny pan tak nie wrzeszczał, gdyż:
Po pierwsze: spłoszy pan okoliczną zwierzynę.
Po drugie zaś: uszy od tego mogą rozboleć.
A po trzecie: przecież nie chce pan, aby gardło panu siadło, prawda?
Nie mogłem się powstrzymać od podroczenia się z nim.
- WYNOŚ się stąd!- krzyknął, zupełnie ignorując moje zaczepki.
- Nigdzie się nie wybieram. Nie zabronisz mi tu być- powiedziałem.
- Masz rację, ale lojalnie uprzedzam, że następnego ranka możesz się już nie obudzić- odparł Blood, wchodząc do swojego szałasu. Nie przejąłem się zbytnio jego słowami, gdyż groził mi nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz. Chociaż fakt, że byliśmy sami na jakimś pustkowiu działał zdecydowanie na jego korzyść. Zazdrościłem mu tylko tego, że dowiedział się o swojej wyprawie wcześniej ode mnie i zdążył się tak dobrze przygotować. Mi pozostawało jedynie dalsze szukanie czegoś do przenocowania albo spanie na dworze. Nie było to może rozwiązanie najprzyjemniejsze, ale moje dziecięce lata spędzone na tułaczce z dala od domu nieźle mnie zahartowały, więc aż tak bardzo mi to nie przeszkadzało. Przeszedłem się po okolicy i po chwili wróciłem na miejsce, niosąc w pysku pokaźną zbieraninę krzaków, gałązek i wszystkiego innego, co udało mi się znaleźć i co nadawało się na ognisko. Przysiadłem w odległości kilku metrów od obozu Blood'a, tak, żeby mieć na niego widok w razie czego. Następnie rozpaliłem ognisko.
- Mam nadzieję, że nie razi cię zbytnio po oczach?- zapytałem z udawaną troską. Miałem nadzieję, że wilk jeszcze nie śpi, gdyż miałem ochotę trochę się z nim tej nocy podroczyć.
<Blood?>

Od Delacroix CD Blood

Stałam w progu, nie do końca wiedząc, jak teraz powinnam się zachować.
- Może w czymś pomóc?- zapytałam.
- Już dość tobie zawdzięczam. Spadaj stąd, póki ja jestem nieuruchomiony, bo jak cię potem dorwę, to pożałujesz, że się w ogóle urodziłaś- syknął Blood. Dino, ignorując jego wypowiedź, odwrócił się w moją stronę i poprosił, abym pomogła mu w szykowaniu bandaży i jakiejś maści przeciwbólowej i leczniczej. Zrobiłam to, jednocześnie ledwo co powstrzymując się przed zwróceniem się do czarnego wilka: " A z jakiej racji miałabym żałować, że się urodziłam? Przecież życie jest takie piękne!"- tylko po to, aby go zdenerwować. Zaczynałam już mieć naprawdę dość jego humorów, napadów agresji i nienormalności. Jednak nie zrobiłam tego, bo był ranny i ostatnie, czego mu było trzeba, to denerwowanie się, choć on sam chyba tego nie rozumiał.
- Mogłabyś pomóc mi przy zakładaniu opatrunku? Jeśli zrobimy to w dwójkę, będzie solidniejszy- powiedział Dino, a ja od razu chwyciłam bandaże i skierowałam się w stronę naszego chorego. Dino zaś chwycił naczynie z zielono- szarą mazią.
- Nie ważcie się nawet zbliżyć! Oboje! Zabraniam wam! Sam sobie doskonale poradzę!- Blood zaczął swoje przedstawienie. Jedyną reakcją Dina było przewrócenie oczami.
- Czasem zastanów się nad tym, co mówisz, braciszku. Niby jak sam sobie poradzisz, hę?- zapytał. Wkurzony Blood odwrócił się w stronę ściany na tyle, na ile mógł, po czym położył swój łeb na łapach. Zachowuje się gorzej, niż rozpieszczony szczeniak!- pomyślałam.
- Blood, nie traktuj nas na wrogów, my ci tylko chcemy pomóc- powiedziałam, siląc się na jak najłagodniejszy ton i przywołując na swój pysk w miarę miły uśmiech.
<Blood?>

wtorek, 24 stycznia 2017

Od Blood'a CD Delacroix

Delacroix tuż po rzuceniu na ziemię mięsa oddaliła się z prędkością błyskawicy. Spojrzałem na nią pogardliwie znad posiłku.
- Leci po kata?-mruknąłem, śmiejąc się po cichu, i odgryzłem kęs zająca. Za moment pałaszowałem go, aż mi się uszy trzęsły. Mimo to ten niewielki dla mnie kęs tylko wzmożył mój głód. Znów zacząłem się nudzić, machając ogonem. Zamknąłem oczy, lecz nie straciłem czujności. Minęło sporo czasu, nim w oddali usłyszałem czyjeś kroki. Od razu podniosłem głowę (trochę zbyt gwałtownie, bo ból w boku się nasilił), kierując uszy w stronę dźwięku. Echo nasilało się, więc przygotowałem się do walki w najlepszy możliwy sposób. Kiedy cień pojawił się za rogiem, chciałem zawyć głośno, by odstraszyć przeciwnika, ale ujrzałem w nim znajomą twarz medyka i mojego ,,braciszka", Dino. Zanim szła zmęczona Delacroix, Reyn i Heavena. Ofuknąłem ich, i wbiłem stalowy wzrok w waderę. Miałem do niej krztynę wdzięczności. Nawet w grobie mi spokoju nie dadzą-powtórzyłem w myślach swe słowa.
- Powinieneś wcześniej wzywać pomocy-powiedział łagodnie zaniepokojony Heav. Na to rzuciłem tylko szeptem przekleństwo. Teraz podszedł do mnie Dino, podczas gdy Reyni Delacroix rozmawiali w kącie.
- Zamierzałeś zniknąć bez pożegnania?-rzekł, uśmiechając się. Prychnąłem, odwracając łeb podczas badania mojego złamanego żebra.
- Złamane...-oświadczył basior i chwilę milczał, po czym wytrzasnął skądś długą, trochę poplamioną rolkę bandaży i owinął nią ciasno mój bok. Syknąłem, zaciskając zęby.
- Wstaniesz?-spytał medyk. W odpowiedzi podniosłem się na ugiętych łapach, ale bez pomocy innych nie mogłem iść. Jakoś udało nam się dokuśtykać do jaskini medycznej. Wilczyca stanęła w progu, przyglądając się całej ,,operacji".
<Delacroix?>

Od Dino - Wyprawa

Znaczną część terenu pokryła mgła. Dopiero wtedy spostrzegłem, że straciłem z oczu Hiro, choć nie powinienem się odłączać. Mimo to nie zamierzałem panikować. Zamknąłem oczy i przypomniałem sobie słowa ojca... W środku każdej burzy jest miejsce ciszy i to tam należy szukać równowagi. Zdołałem usłyszeć głośne dyszenie i ciche powarkiwanie. Nie otwierając oczu gdzieś się skierowałem, po czym wybiegłem. Nie wiem czemu, ale wciąż nie byłem w stanie otworzyć oczu, spojrzeć na świat tak jak inni, wciąż ta myśl o nadchodzącym nieszczęściu, które to JA sprowadziłem i nie mogłem nic zrobić, pomóc swoim braciom, nie mogłem!!! Nagle gwałtownie przystanąłem otwierając oczy. Dyszałem. Mgła opadła i wtedy... zobaczyłem cień wilkopodobnej istoty. Kolejna wizja... W której własni bracia stają na czele ludzkiej watahy... Głos w mojej głowie... Opamiętaj się!! Przestań myśleć jak człowiek!!! Tego nie byłem w stanie już wytrzymać, jeden skok i skeletor leżał pod moimi łapami. Jeden cios w gardło wystarczył by wysłać go piekła. Hiro stała tuż przede mną. Zza krzaków wyskoczył Senshi. Oboje patrzyli się na mnie jak na sadystę. Zeszłem z trupa nie odwracając wzroku i chciałem odejść, lecz Senshi o dziwo mnie zatrzymał.
-Dino...
-O co chodzi? - odparłem chłodno.
-Jesteś ranny... - stwierdził z troską. I rzeczywiście... Moje ramię ociekało krwią, a pysk miał co najmniej kilka dobrze wyraźnych rys po biegu na oślep. Czy ja naprawdę mogłem tego nie poczuć? Wiedziałem, że rana jest poważna, ale to już moja sprawa. Nie chciałem ich martwić.
Olałem więc ten temat.
-Musimy dotrzeć na miejsce zbiórki zanim się ściemni, Senshi. Dam sobie radę z małą rysą. Basior mimo iż ledwo mi uwierzył, ostatecznie się zgodził.
<Senshi? Wybacz, że tak długo. Czas do 60 h =)>

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Od Blood'a CD Kira

Przez chwilę to, co powiedział, wydało mi się nawet prawdopodobne. Dobrze, że mam broń dalekiego zasięgu. Od razu po powrocie rozprawię się z obydwoma-poprzysiągłem zemstę. Warknąłem krótko, i używając całej swojej siły zepchnąłem z siebie basiora z łatwością. Kira stanął w pewnej odległości, otrzepując się. Ale teraz uświadomiłem sobie, że Heaven z całą pewnością nie dodałby mi partnera w takiej sprawie. Wiedział doskonale, że jestem psychopatycznym osobnikiem, który nie zawaha się przed niczym, unicestwi każdego na swojej drodze.
- ...Ty pi*przony kłamco!-wrzasnąłem i rzuciłem się na zaskoczonego wilka, wbijając go głęboko w śnieg. Od razu zaczął się szamotać w walce i drapać, ale przycisnąłem go jeszcze mocniej, prawie uniemożliwiając mu złapanie tchu, przez co dusił się, zamiast wyrywać. Uśmiechnąłem się, wyobrażając sobie posmak krwi na ustach. Jeszcze nie teraz-rzekł stanowczo głos. Z niedbałością odstąpiłem od wroga, który desperacko łapał oddech. Spojrzałem na moje rany. Nie były głębokie, jedynie na łapie znajdowała się większa. Upadłem na śnieg i zacząłem się w nim tarzać, tworząc na sobie pancerz z puchu, a tym samym łagodząc ból. Kira podniósł się, a w jego oczach malowała się wściekłość. Prychnąłem, i odwróciłem się na pięcie w kierunku, do którego poprzednio dążyłem. Znudziło mu się polowanie-pomyślałem ironicznie.
- Taki jesteś pewny? A zastanawiałeś się może, że Hajfa przerobi cię na mielonkę?-przewróciłem oczami.
- Zamknij się, leszczu-oznajmiłem, będąc kilkadziesiąt metrów dalej. Chyba do niego dotarło, bo za sobą nie usłyszałem najcichszego szelestu. Już czułem ulgę, gdy kilkanaście kroków dalej wyskoczył mi zza drzewa.
- Sorry, ale mam obowiązek cię doprowadzić i pomóc-wepchał się bezczelnie przede mnie, za co kopnąłem go mocno.
- Nie piszcz mi tu-mruknąłem.
- Ja ci zaraz popiszczę!-krzyknął, robiąc mi kolejną szramę na łopatce. Odwdzięczyłem się bardzo silnym pchnięciem.
- Sk*rwsynu, wracaj na swe włości porachować sobie kości-zrymowałem, szczerząc w uśmiechu kły. Trochę nam się zeszło na konfrontacji, więc przyspieszyłem kroku, by nadrobić stracony czas. Słyszałem za sobą ciche skradanie się Kiry, ale zignorowałem to. Przyczepił się jak rzep do wilczego ogona.
~Kilka godzin później~
Znajdowałem się na odludnych terenach leżących naokoło Doliny Silver. Zmierzchało się szybko. Nadszedł czas na rozbicie obozu. Wyjąłem spory kawałek płachty i materiału. Następnie zacząłem szukać długich gałęzi, co potrwało, ponieważ w okolicy prawie wcale nie rosły drzewa. Jedynie suchorośla i pojedyncze krzaki. Wzdychając, narzuciłem na nie płótno, i wgramoliłem się do środka. Ten prowizoryczny, przenośny domek powinien mi wystarczyć. Zwinąłem się w kłębek, przymknąłem oczy zamierzając zasnąć, lecz czyjeś kroki mi w tym przeszkodziły. Szary łeb Kiry pojawił się w zasięgu mojego pola widzenia. Napiąłem mięśnie i usiadłem, gotowy do walki w razie potrzeby.
<Kira? Nie piszcz mi tuXD>

Od Kiry CD Blood

Przystanąłem na chwilę, aby się rozejrzeć, gdyż straciłem tego osobnika z oczu i wolałem go odszukać. Wypatrzyłem go kilkanaście metrów dalej. Przyglądał mi się wrogim wzrokiem, który mówił: "Zabiję cię". Oznaczało to, że już wie o mojej obecności. Nie przejąłem się tym zbytnio. Ruszyłem powoli w jego kroku. Nie bałem się, ale wolałem mieć się na baczności. Po paru chwilach Blood zerwał się nagle i zaczął biec w moją stronę. Wyglądał jak rozjuszony byk chcący kogoś staranować. Przyszykowałem się do skoku. Skoczyłem i w ten sposób udało mi się uniknąć ciosu. Blood natychmiast zawrócił, aby spróbować znów zaatakować, ale ja byłem szybszy i machnąłem pazurami, zostawiając mu na pysku piękny ślad. Myślałem, że to g trochę otrzeźwi, ale myliłem się. Blood rzucił się na mnie wściekle wyjąc. Zadał cios pazurami, robiąc mi ranę na barku. Syknąłem cicho i ugryzłem go w łapę, zanim ją cofnął. Wbiłem kły jak najgłębiej, aby cios był poważny oraz bolesny. Szybko jednak puściłem go, aby uniemożliwić mu zaatakowanie mnie. Blood zadał kolejny krótki i szybki cios w mój bark, ja znów spróbowałem ugryźć go w łapę, ale tym razem był szybszy. Doskoczył do mnie i zacisnął kły na moim gardle, jednak ja w kontrataku zadałem mu serie ciosów pazurami i, chcąc nie chcąc, musiał puścić. Przez kilka następnych minut nasza walka wyglądała właśnie tak, że zadawaliśmy sobie nawzajem krótkie, jednocześnie jak najpoważniejsze i jak najboleśniejsze ciosy, aby przeciwnik cierpiał i nie mógł kontratakować. W końcu Blood popełnił błąd, gdyż stracił na chwilę mną zainteresowanie i starł sobie krew z ust. Wykorzystałem to. Zaatakowałem go i udało mi się przygwoździć go do ziemi.
- Złaź ze mnie, jeśli chcesz przeżyć! Po coś za mną lazł?!- krzyknął.
- Nie szamocz się tak. Twój brat mi kazał- powiedziałem.
 - Mój brat? Kazał ci?- Blood wyraźnie był zdziwiony. Przestał się też wyrywać.
- A niby dlaczego miałby to zrobić?
- Bo już ci mówiłem, że znam Hajfę krótko, ale i tak lepiej niż ty- odparłem. Ostatecznie nie było możliwości, aby Blood dowiedział się, że Heaven tak naprawdę o niczym nie wie. Musiałem mieć pewność, że ten d*bil zrobi wszystko dobrze, a posłużenie się do tego osobą alfy było, według mnie, idealnym pomysłem. Nawet jeśli po powrocie Blood o wszystkim się dowie, to będzie już za późno i nic mi nie zrobi.
<Blood?>

Od Delacroix CD Blood

To zachowanie tylko pomogło mi podjąć decyzję. Nie zamierzam więcej zadawać się z tym psychopatą. W każdym razie nie bardziej, niż jest to potrzebne!-pomyślałam gorączkowo.
- Ok, sam tego chciałeś. Raczej nie będziesz mógł się ruszyć, ale z tobą nigdy nic nie wiadomo. Czekaj tu, a ja przyślę pomoc- powiedziałam do Blood'a. Wilk nic nie odpowiedział, tylko uśmiechnął się w ten swój psychopatyczno- zadowolony sposób. Wyszłam z naszego "więzienia" wprost na jeden z korytarzy. Odtworzyłam w pamięci ostatnie chwile sprzed zasypania. Blood gonił mnie. Biegliśmy z naprzeciwka, więc tam teraz muszę się udać.
- Mam ci przypomnieć drogę?- usłyszałam zza skał głos Blood'a. Zacisnęłam zęby i ze stoickim spokojem wycedziłam przez nie:
- Nie, dziękuję, poradzę sobie sama. Siedź lepiej, gdzie siedzisz i nie odzywaj się- powiedziałam.
- A mogę chociaż się położyć?- spytał wilk. Nie udało mu się ukryć chichotu. Super, jesteśmy w patowej sytuacji, a temu do śmiechu. Ruszyłam więc w stronę, którą uznałam za odpowiednią. Kierowałam się swoimi wspomnieniami, zapachem i innymi wskazówkami. Udało mi się np. znaleźć strzałkę wskazującą wyjście. Także kiedy natknęłam się na grupę roślin, wiedziałam, że jestem już blisko wyjścia. I miałam rację. Za następnym zakrętem moim oczom ukazał się krótki odcinek prostej drogi prowadzący do wyjścia. Przebiegłam go dość szybko i już po chwili cieszyć się mogłam świeżym powietrzem, z którym nie miałam do czynienia od kilku dni. Pierwsze, co zrobiłam, to rzuciłam się na jedną ze śnieżnych skał i zaczęłam wesoło turlać. Po chwili jednak się opanowałam. Gdy już doszłam do siebie, kątem oka zauważyłam jakiś ruch. Odwróciłam głowę w tamtą stronę i ujrzałam zająca. Mój żołądek natychmiast dał o sobie znać. Czym prędzej pozbierałam się ze śniegu, następnie podkradłam w stronę zająca i zaatakowałam. Polowanie nie trwało długo i zakończyło się sukcesem. Już miałam zabrać się do pałaszowania, kiedy przypomniałam sobie o Blood'zie. On też na pewno był głodny, więc po długim namyśle, po stoczeniu ciężkiej walki z samą sobą w swojej głowie, zdecydowałam się zanieść mu tego zająca. Nie miałam zbytnio czasu, więc całą drogę przebiegłam. Po kilkunastu minutach byłam już na miejscu. Wyszłam zza skał i zobaczyłam leżącego z zamkniętymi oczami Blood'a. Jego rana nadal krwawiła, ale już mniej. Przeklęłam siebie w myślach za to, że nie wzięłam nic, aby mu ją opatrzyć. W końcu tutaj nie było odpowiednich ku temu przedmiotów. Większe prawdopodobieństwo ich znalezienia było na zewnątrz. Podeszłam do wilka i stanęłam przed nim, trzymając w pysku moją zdobycz.
- Czego?- spytał, nie otwierając oczu. Wypuściłam truchło zająca, które wylądowało tuż przed jego nosem.
- Hę? Co to?- zapytał zaskoczony, otwierając oczy i patrząc na upolowane zwierzę nie rozumiejącym wzrokiem. Nic nie odpowiedziałam, w końcu każdy wilk wie, co to jest mięso i do czego służy. Czym prędzej oddaliłam się. Mój plan polegał na szybkim dotarciu do jaskiń i sprowadzeniu pomocy.
<Blood?>

niedziela, 22 stycznia 2017

Od Heavena CD Ember

Sadziłem wielkie susy w górę, mknąć między drzewami i drążąc tunel w głęboki, sięgającym nam do ud śniegu. Gdy już uznaliśmy to za bezpieczną odległość przystanęliśmy, krztusząc się i dysząc. Ember rzuciła liny na ziemię. Z dołu nie dochodziły żadne dźwięki, nie licząc lekkiego szumu wiatru. Po dłuższej chwili odezwałem się:
- Lepiej, jeśli pójdziemy dalej...-wadera przytaknęła powoli. W tamtej chwili bałem się naprawdę. Nie o siebie, ale o nią. Nie chodziło już nawet o odpowiedzialność-przyjaźń, to było coś o wiele cenniejszego, jak zdążyłem się przekonać w ostatnich miesiącach. Kiedy zacząłem ponownie mozolny marsz, znów zabrzmiało pytanie:
- A co z tym zrobimy?-wskazała ruchem głowy na przemoczone sznury.
- Hmmm...może je zakopmy?-zaproponowałem. Wybraliśmy miejsce pod uschniętym świerkiem, i tam we wnęce umieściliśmy narzędzie ludzkie. Odetchnąłem z ulgą. Po krótkim odpoczynku szliśmy dalej. Co chwila ktoś oglądał się do tyłu, by upewnić się, że nikt nas nie śledzi. Byliśmy nadal czujni. Wędrowaliśmy po połoninach, teraz pokrytych białą kołdrą. Droga mijała nam w milczeniu, a powieki i mięśnie coraz bardziej nam ciążyły. Zanim się obejrzeliśmy, blado-złota kula słońca przemieściła się na zachodnią stronę nieba, pomarańczowiejąc coraz bardziej. Zatrzymałem się na chwilę, i usiadłem, by je podziwiać.
- Heav...-mruknęła Ember, szturchając mnie lekko.
- Och...Tak-odpowiedziałem, idąc za nią.
- Wracamy przed zmrokiem?-zapytała. Postawiłem uszy i spojrzałem na nią łagodnie.
- Ale po co?-spytałem. Odpowiedź wadery utonęła w szumie wiatru. No jak po co? Głuchy jestem? Do domu...-pomyślałem wpierw. Dom mój tam, gdzie serce moje-dodałem. Nie mogłem stwierdzić, gdzie ono w tej chwili jest. Niebo zaskakująco szybko z ciemnego szkarłatu przeszło w jasny granat. Blask księżyca padł na skały, po których właśnie się wspinaliśmy, nadając im niesamowity połysk. Postawiłem kolejny ostrożny krok, wskoczyłem, i w tym momencie owiał mnie silny podmuch, prawie zwalając z nóg. Wilczyca skuliła się, walcząc z wichurą panującą na szczycie. Doszedłem do niej i osłoniłem trochę od wiatru.
- Dzięki-powiedziała cicho z wdzięcznością. Nic nie odpowiedziałem. Obojgu nam widok odebrał mowę.
Tuż pod naszymi łapami rozciągła się Dolina Silver; cała mieniąca się księżycowym światłem w którym śnieg pokrywający całą przestrzeń tańczył, iskrząc się leciutko i płynnie. Intensywnie granatowy firmament pokrył się milionami różnorodnych punkcików, czerwonych, białych, żółtych, układając się w niepowtarzalne wzory. Czerń grani kontrastowała z bielą puchu. Na szczycie panowała absolutna cisza, przerywana gwałtowniejszymi porywami.
- To jest piękne-szepnęła Ember.
- Wspaniałe-dodałem. Westchnąłem, i położyłem się na podłożu. Rój gwiazd zawirował mi przed oczami. Wadera zrobiła to samo. Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc jeden z gwiazdozbiorów.
- Orion-rzekłem radośnie.
- Wielki wóz-odparła wilczyca.
- Mała niedźwiedzica.
- Rak.
- Lew.
- Centaur.
- Gwiazda polarna-pokazywaliśmy sobie nawzajem przeróżne gwiazdozbiory. Zabawa trwała sporo czasu. W niemym zachwycie obserwowałem wędrówkę na nocnym niebie punkcików. Gdy znów zerknąłem na przyjaciółkę zauważyłem, że ma zamknięte oczy. Objąłem ją i również przymknąłem powieki. Miło było znowu poczuć czyjąś bliskość...
<Ember? Ale numer (czyt. Ale absurd)XD>

Od Ember CD Heaven

- Patrz mamo! - nastolatek wskazał na mnie i Heavena - Czyli sa tu jeszcze jakieś wilki!
- Jason - kobieta zwróciła się do chłopca - Idź stąd. Nie są do nas przyjaźnie nastawieni - chłopak posłusznie oddalił się, a mężczyźni strzelili w nas. Odskoczyliśmy i schowaliśmy za drzewami. Kolejna kula trafiła w drzewo obok nas. 
- Co jest do jasnej ciasnej?! - krzyknął basior.
- Chcą chyba nas zabić, związać i zanieść do domu na mięso. Albo to inny sposób pomocy - stwierdziłam.
- Pomoc i ludzie? - wilk uniósł wysoko obie brwi - Te dwie rzeczy uciekają od siebie - kiwnęłam tylko głową i na trzy wyskoczyliśmy zza drzew i powaliliśmy ludzi. Jednemu strzelba wypadła z ręki, a drugiemu wyrwaliśmy liny i uciekliśmy w las.
<Heaven?>

Od Heavena CD Ember

- Dowcipniś się znalazł-mruknąłem, leżąc bezradnie na lodzie. Kiedy już przestałem tarzać się ze śmiechu, wbiłem duże pazury w lód i w ten sposób zdołałem się podnieść. Ale właściwie to było przyjemne uczucie. Patrzeć na Ember, móc z nią przebywać, dać jej coś do siebie.
- Wracamy?-spytałem.
- Okey-odparła wadera.
~Nazajutrz~
Obudziłem się bardzo wcześnie, o czym świadczył półmrok na dworze rozświetlony pierwszymi promieniami wschodzącego słońca, rozsiewającego blady, złoty blask. Tak wschodzą przywódcy-przyszło mi do głowy. Śnieg iskrzył się jak miliony diamencików. Dzień wyglądał na wspaniały, choć jeszcze się nie zaczął. Pospieszyłem do jaskini jadalnej i wyciągnąłem dla mnie oraz Ember spory kawałek dziczyzny na śniadanie. Wystawiłem głowę za próg jaskiń i wciągnąłem świeże, ostre powietrze. Nade mną wisiał rząd błyszczących sopli lodu. Przypomniały mi się wczorajsze wydarzenia, i poczułem jakieś dziwne ukłucie w sercu. Zignorowałem to, i przeczekałem godzinę, zanim wilczyca zjawiła się w pomieszczeniu. Na jej szyi wisiał mój naszyjnik. Mimowolnie uśmiechnąłem się. Razem zjedliśmy posiłek i po dokładnych oględzinach stada, dałem znak do ruszenia naprzód. Biały puch oblepił naszą sierść, przez co wyglądaliśmy jak poruszające się bałwany. Kichnąłem, próbując go strzepnąć. Wadera zaśmiała się i trzepnęła mnie mocno.
- Hej!-krzyknąłem zaskoczony. Śnieżna warstwa odpadła natychmiast. Oddałem jej przyjaznego kuksańca. Po paru takich wymianach przywróciliśmy sobie normalną barwę. Znów zerknąłem na moją przyjaciółkę. Brązowo-czarne futro falowało przy każdym ruchu, znamionujące gibkość i zwinność łapy prężyły do każdego kroku. Mogłem się zachwycać tak zawsze.
- Masz jakiś cel?-zadała pytanie Ember, wyrywając mnie z zamyślenia.
- Nie...A ty?-odpowiedziałem pytaniem na pytanie.
- Słyszałam, że są tu jakieś Góry zapomnienia czy coś. Może tam?-dodała, lekko się uśmiechając.
- Czemu nie-odpowiedziałem-po godzinie marszu na przemian z truchtem wyszliśmy spomiędzy czarnych pni drzew na otwarty teren. Majestatyczne szczyty gór, całe oblodzone i pokryte białymi muśnięciami na grzbietach budziły w sobie piękno i grozę. Z otwartymi ustami podziwiałem ten pejzaż wraz z przyjaciółką. Pod łapami czułem, jak teren zaczyna się wznosić. Ruszyliśmy po porośniętym niskim lasem zboczu. Wymienialiśmy czasem kilka zdawkowych słów, a mnie zaczęło nawiedzać nieokreślone uczucie pustki. Chciałem jej coś powiedzieć, ale brakło mi do tego odpowiedniego określenia. Właściwie, nie wiedziałem, co to było. To, że się kogoś lubi, można przecież okazać bez słów-pomyślałem trochę bez sensu. Ember wyglądała na zmęczoną, zresztą ja też nie ukrywałem, że wędrówka pod górę nie jest łatwa. Wtem wadera wydała niemy okrzyk i zsunęła się w dół. Błyskawicznie pomogłem jej wstać, trzymając się pazurami wystającego korzenia. Jeszcze tylko kilak kroków. Wypadliśmy na łąkę pokrytą śniegiem, dysząc z wysiłku. Blady ze strachu, odwróciłem pysk w stronę wilczycy.
- Dziękuję-powiedziała. Spojrzałem w jej bursztynowe oczy. Nie zdążyłem wydobyć z siebie dźwięku, kiedy koło ucha świsnęła mi kula. Podniosłem się jak rażony piorunem. Ember rzuciła mi zaniepokojone spojrzenie. Zza rosnących naokoło drzew i pustych krzaków wyłoniły się ludzkie sylwetki; jedna kobieta, nastolatek i trzech mężczyzn. Jeden facet trzymał długie liny, większość posiadała broń. Instynktownie zasłoniłem waderę, warcząc i przyjmując bojową postawę.
<Ember? Uhu, uhuXD>

Od Ember CD Heavena

Najpierw się zdziwiłam, a potem spojrzałam na Heavena i zaśmiałam się cicho. Basior założył mi na szyję sznurek przez który przewieszony był sopel lodu. Odbijały się w nim promienie słońca nadając mu cudowną tęczową barwę.
- Dziękuje. Miło z twojej strony - Heav uśmiechnął się. Patrzeliśmy tak na siebie kilka chwil aż nagle niespodziewanie wskoczyłam na niego, a ten poturlał się na lód. Wilk spróbował wstać ale śliska powierzchnia skutecznie mu to uniemożliwiła. Zaczęłam się śmiać jak opętana.
- Co Alfo? Za mało mięsa? - zakpiłam po przyjacielsku.

<Heaven?>

Od Blood'a CD Delacroix

Teraz zrobiła się aż nazbyt ciekawska. No właśnie, po co to robisz? Zamierzasz składać jej wyznania?-wtrącił się głos, ale tym razem był znacznie słabszy niż przedtem. Uśmiechnąłem się jadowicie i podparłem na jednej łapie, by lepiej widzieć ofiarę.
- Och, ciekawe, że o to pytasz...-powiedziałem z przekąsem. Zapadła długa chwila milczenia. Krew pulsowała mi w żyłach. Pić, och, pić-podpowiadał natarczywie instynkt. W moich oczach zajarzyły się dwie iskry.
- Ożywia mnie śmierć tego...-zgrzytnąłem zębami-kogo zabiję-uśmiechnąłem się jadowicie. We wzroku czaił się obłęd. Odsłoniłem kły, błyszczące w panującym półmroku, i napiąłem mięśnie. Radowałem się wyrazem przerażenia na pysku wadery, która puściła mnie i cofnęła się o drżący krok. Zaczęła rozglądać się na boki, patrząc na mnie pod kątem psychopaty. W tym momencie nie wytrzymałem. Wybuchnąłem spontanicznym śmiechem, prawie tarzając się po podłożu. Wilczyca dosłownie osłupiała. W końcu intensywny ból w boku powstrzymał mnie od kolejnej fali chichotu. Poczułem, jak żołądek wywraca mi się do góry nogami. Od dawna niczego nie zjadłem. Wpatrywałem się w Delacroix z istnym rozbawieniem.
<Delacroix? Wtopa:p>

Od Blood'a CD Kira

- Znalazł się kujon od siedmiu boleści-mruknąłem, wywracając oczami i próbując minąć basiora. Nie oczekiwałem, że mi się od razu uda, ale z moją siłą Hajfa nie miała szans. O dziwo, Kira nadal ignorował te zaczepki.
- Och, więc zamierzasz błądzić po pustkowiu aż do śmierci? Spoko-powiedział pewny swego.
- Jeśli nadarzy się okazja, by skrócić cię o głowę, z przyjemnością-syknąłem groźnie, warcząc. W wyjściu z jaskiń pojawiło się parę zainteresowanych rozmową głów. Wykorzystałem to, i z trudem odbiłem się od głębokiego śniegu na tyle wysoko, by przeskoczyć na jeden bok wilka. Szybko ruszyłem biegiem do lasu, kierując się na wschodnią granicę. Po pół godzinie galopu zwolniłem mimo wszystko do marszu. Dzień jeszcze młody, więc nie mogłem tracić wszystkich sił od razu. Wtedy usłyszałem czyjeś kroki. Postanowiłem się nie ukrywać, i z oddali zobaczyłem sylwetkę mojego wroga. Stawiam jeden na milion, że to nie jest samowolny spacerek-pomyślałem. Na wszelki wypadek upewniłem się, że broń jest gotowa do użycia. Szary basior przystanął w pewnej odległości.
<Kira?>

sobota, 21 stycznia 2017

Od Delacroix CD Blood

W tamtym momencie oczywiste dla mnie było, co powinnam zrobić. Wystarczyło tylko pomóc Blood'owi wstać, pozwolić mu się o mnie oprzeć i ruszyć w kierunku jaskiń, a dokładniej do jaskini medyka. W teorii wydawało się to łatwe. W praktyce jednak musiałam pamiętać, że mam do czynienia z niezrównoważonym psychicznie wilkiem, a nie potulnym barankiem. To drugie z wymienionych przeze mnie stworzeń sprawiłoby mi na pewno mniej kłopotów, ale raczej nie odkopałoby nam wejścia. Najbardziej przerażało mnie to, że kiedy będziemy się tak razem wlec i mój towarzysz będzie się o mnie opierał, nadal będzie miał wolne i sprawne kły, którymi z łatwością przetnie mi gardło, jeśli tylko najdzie go taka ochota. Co gorsza, nie będę miała nawet szansy, żeby jakoś zareagować, obronić się.
- Dobra, teraz pomału wstaniesz. Ja ci pomogę. Potem się o mnie oprzesz i pójdziemy stąd- zaczęłam.
- Nigdzie nie idę! Masz mnie zostawić! Którego z tych słów nie rozumiesz?! Jesteś aż tak głupia?!- z jego ust wydostał się istny potok słów pełnych niezadowolenia, groźby i obrazy. Puściłam jednak je wszystkie mimo uszu. Przez chwilę zawahałam się. Jeśli wymogłabym na nim obietnicę, że mnie nie zabije, to przecież i tak mógłby ją złamać, ponadto mogę w ten sposób podsunąć mu plan działania. W końcu jednak zdecydowałam.
- Słuchaj, tylko mnie nie zabij, gdy będę ci pomagać- powiedziałam.
- Zrobię to z chęcią od razu, kiedy tylko stanie się to możliwe- odparł.
- Mam dwa pytania. Tylko dwa. Odpowiesz mi na nie?- zapytałam.
- A zostawisz mnie wtedy w spokoju?- odpowiedział pytaniem na pytanie. Zastanowiłam się, jak w tej sytuacji powinnam postąpić.
- Zgoda- odparłam po chwili namysłu. Przecież nie musiałam potem dotrzymywać danego słowa, prawda?
- No to dawaj-pospieszył mnie zniecierpliwiony Blood.
- Już, już. Pewnie bardzo cię boli, prawda?
- To jedno z tych dwóch pytań, które chciałaś mi zadać?
- Nie- odparłam.
- Więc na nie nie odpowiem- powiedział wilk.
- Dlaczego taki jesteś? Najpierw za wszelką cenę chciałeś zabić mnie, teraz siebie. Czemu nie dasz sobie pomóc?- spytałam.
<Blood?>

Od Blood'a CD Delacroix

W tej chwili miałem wieeelką ochotę wstać i przywalić jej z liścia. K*rde no, czy ona naprawdę jest taka głupia, czy tylko udaje? Zależy jej na śmierci z moich łap?-pomyślałem, poirytowany całym jej zachowaniem. Nie potrzebowałem nikogo do śmierci ani życia. Wystarczyłaby odrobina krwi. Odsłoniłem kły i zmrużyłem powieki, podnosząc się powoli na sinych łapach. Kiedy już prawie się wyprostowałem, rozległ się cichy trzask, a w boku poczułem niesamowity ból. Nie mogłem mu się oprzeć, i upadłem na drugą stronę.
- Blood, co ci jest?! Czemu nie możesz wstać?-zawołała niemalże smutnym tonem wilczyca. Warknąłem w odpowiedzi:
- A co, może ze złamanym żebrem jest łatwiej?-westchnąłem i zjeżyłem sierść.
- Zmiataj stąd. Zawadzasz mi-powiedziałem nieco łagodniej, chcąc ją w ten sposób zmusić do zostawienia mnie w spokoju, choć w głębi duszy wiedziałem, że to bezskuteczne. Delacroix nic nie odpowiedziała, tylko podeszła bliżej i z przestrachem w oczach chwyciła mnie za kark.
- Ej!-wrzasnąłem, i z wściekłością odwróciłem ku niej pysk. Nawet z tej pozycji mogłem używać swoich kłów.
- Mój boże...-mówiła wadera, wzdychając i obracając mnie wciąż do jakiejś pozycji.-Spieszy ci się do grobu? To zamknij się w końcu.-Nie no, to już przesada. Nie na moje stalowe nerwy. Gdybym nie miał uszkodzonego żebra, popełniłbym równocześnie zabójstwo i samobójstwo. Nie bałem się śmierci, ale wolałem jeszcze korzystać z jej uroków w walce. Taaak, później będę miał u niej niby dług za to, że mnie stąd wyciągnie. Pięknie. Czasem nawet dobrze było, kiedy znajdowała się w pobliżu.
<Delacroix? Coś mam modę na uszkodzenia ciałaXD>

Od Heavena CD Samael

Naprawdę wcale nie spieszyło mi się do powrotu. Zresztą, ta toksyczna maź nie powodowała bólu ani niczego w tym stylu, a to, że noga trochę spuchła, mogło wynikać z wcześniejszego uderzenia. Bardziej niepokojące było to, że skażenie rozlewało się po całej dolinie i zatruwało życie. Wywróciłem oczami i powiedziałem starając się być stanowczym:
- Idziemy dalej, nie będziemy się poddawać.-wszyscy wpatrywali się we mnie z niezrozumiałym osłupieniem.-No to jak, tchórzycie?-mruknąłem bardziej do siebie i odwróciłem się, zagłębiając w pokryty śniegiem las do tamtego miejsca.W końcu Echo nie wytrzymała:
- Heaven! Pogięło cię?! Chcesz narażać swoje życie, a tym samym stado, bo ty masz takie widzimisię?!
- A kto mi zabroni?-odparłem chytrze. Ja tu miałem władzę i do mnie należało ostatnie słowo. Mimochodem spojrzałem na łapę, i przez chwilę zadrżałem w środku, Było mocno spuchnięta, a maź pieniła się i syczała. Wadera spuściła wzrok, i odpowiedziała poważnie:
- Twoje sumienie. I my.-westchnąłem, i przeszedłem obok nich.
- No co, zamurowało? Idziemy, czy nie?-rzekłem z irytacją i oburzeniem. Członkowie z wyrazem ulgi ruszyli za mną do jaskiń. Pod koniec drogi jakoś dziwnie mi się szło, a moja noga wyginała się niepokojąco. Może rzeczywiście jest w tym jakiś związek?-pomyślałem, wchodząc do jaskini medycznej. Gdy ujrzał mnie sam medyk, Dino, kazał mi usiąść i nie dotykać niczego tą łapą.
- O co chodzi?-spytałem po chwili.
- Nie wiem, co to może być. Muszę oczyścić ranę...
- Kiedy tam nie ma żadnej rany!-krzyknąłem na swoją obronę.
- Nieważne-powiedział cicho i zaczął zeskrobywać czymś czarną, lepiącą się maź.
- Nie boli cię to?-spytał nagle.
- Nie.-wtem mina mu zrzedła. A im więcej tego ohydnego płynu zdejmował z mojej łapy, tym lepiej widziałem obrażenia. Jakby ktoś polał mi ją kwasem. Na dodatek nie czułem w niej nic. Ember przyłożyła łapę do ust, wszyscy patrzyli na to z przerażeniem. Ja z nie mniejszym, i obrzydzeniem. Medyka zwyczajnie zatkało.
- To musi być jakaś toksyczna substancja, na dodatek znieczulająca ofiarę...-mruknął, odsuwając się nieco od jej resztek-Minie trochę czasu, zanim wrócisz do pełnej sprawności, ale...
- Trochę czasu?!-wrzasnąłem, trochę ze strachu, trochę z oburzenia.
- Może mniej, ale różnie bywa. Daj sobie pomóc.-Samael wystąpił krok w moją stronę i zachęcił mnie:
- Heaven, lepiej będzie zacząć teraz.-ponownie westchnąłem i wysunąłem łapę.
~Wieczorem~
Syczałem nieustannie z bólu, W życiu bym teraz nie zasnął. Odkąd znieczulenie spowodowane tą mazią minęło, piekło jak cholera i dawało mi równo. Przeleżałem całą noc na kocu w jaskini medycznej, wpatrując się w przeżartą nogę. Nad rankiem na szczęście zajrzała do mnie matka. Wydawało mi się, że pogodziła się z Embrym. Była bardziej radosna, otwarta, choć to nie pasowało do jej charakteru. Później korytarzem przechodził jedyny ogier w naszym stadzie.
- Samael!-zawołałem. Koń zawrócił i podszedł do mnie.
- Tak?
- Chciałbym wiedzieć, jak bardzo rozprzestrzenia się po naszym terenie skażenie i gdzie są głównie mutanty. Dasz radę?
<Samael?>

piątek, 20 stycznia 2017

Od Delacroix CD Blood

Wypowiedź, a raczej krzyk Blood'a na początku tak mnie zbulwersował, że naprawdę przez chwilę chciałam stamtąd uciec. Zdążyłem już nawet odwrócić się w stronę niezwykle kusząco wyglądającego wyjścia i przebiec kawałek, ale w tej samej chwili zdałam sobie sprawę, że nie jestem w stanie zostawić kogoś na pastwę losu. Nawet tego psychopaty. Odwróciłam się. Blood był przygnieciony dość dużą skałą. Mimo wszystko musiałam przyznać, że go w tamtym momencie zaczęłam podziwiać za siłę i wytrzymałość. Ja zapewne zginęłabym pod takim ciężarem od razu. Choć może podziwiać za te dwie rzeczy zaczęłam go już wcześniej? W końcu był nie tylko psychopatą, ale też niespotykanie silnym i wytrzymałym wilkiem, co trzeba było przyznać. Zaczęłam myśleć nad dostępnymi rozwiązaniami. Pozostawienie Blood'a tutaj, aby samemu pobiec po pomoc nie wchodziło w grę. Za bardzo bałam się, że przez taki długi czas stanie mu się...coś. Czy ja naprawdę zaczęłam się martwić o tego wariata? Co we mnie wstąpiło?-myślałam, mimo to podeszłam do wilka.
- Kazałem ci się wynosić!- zawołał, jednak nieco ciszej, niż poprzednio. Zdawałam sobie sprawę z tego, że z każdą minutą jest coraz ciężej.
- A ja zignorowałam twój rozkaz, bo nie będziesz mną rządzić i potrzebujesz pomocy, a bez ciebie się nigdzie nie wybieram- powiedziałam, zastanawiając się nad sposobem, jakim mogłabym usunąć tę skałę.
- Ty...- zaczął Blood.
- Zamknij się, bo tracisz na to tylko energię niepotrzebnie, a ja nigdzie NIE idę- powiedziałam stanowczo. Jedynym sposobem na usunięcie przeszkody było zepchnięcie jej z niego.
- Skoro taki z ciebie twardziel, to zaciśnij zęby i wytrzymaj chwilę bólu, ok?
- A co ty znowu chcesz zrobić?
- Uwolnić cię! Zamierzam zepchnąć z ciebie tę skałę- powiedziałam.
- Daj spokój, mówiłem ci już, że masz mnie zostawić- odparł. On także był stanowczy i uparty, ale ja nie zamierzałam odpuszczać. W końcu w obecnej sytuacji nie mógł mi za wiele zrobić. Mógłby odegrać się potem, ale zaraz po uwolnieniu nie będzie miał raczej dość sił. Poza tym liczyłam jednak na jakąś wdzięczność z jego strony. Choć to, co chciałam zrobić, traktowałam jako rewanż. W końcu on odkopał nam wejście. Z całej siły więc naparłam na skałę. Blood z całej siły zaciskał zęby i nawet słowem się nie odezwał. Po intensywnym, ale krótkotrwałym (na szczęście) wysiłku, udało mi się go uwolnić. Jednak okazało się, że to dopiero wierzchołek góry lodowej. Jego grzbiet był cały poraniony.
- Możesz chodzić?- spytałam, starając się ukryć przerażenie, aby nie udzieliło się również jemu, choć wątpiłam w to, żeby mogło się tak stać. Jednak mimo jego nienormalność, nie potrafiłam traktować go gorzej jak innych.
<Blood?>

Od Claris CD Hiro

Szłam dość wolno, żeby mieć pewność, iż wlokąca się z tyłu kocica za mną nadąży. Odwróciłam się, aby upewnić się, że za mną idzie, a tu pustka! Odszukałam Hiro kilka metrów dalej. Stała dalej w tym samym miejscu, grzebiąc łapą w białym puchu. Na rysowanie w śniegu się jej zebrało?-pomyślałam z lekką irytacją, zawracając. Gdy zbliżyłam się dostatecznie blisko do kotki, zauważyłam powód jej zafascynowania. Hiro nie spiesząc się odgrzebywała jakiś przedmiot ludzkiego pochodzenia. No moje oko był to jakiś medalion? moneta? Coś w tym rodzaju. Nie odzywałam się, za to z niecierpliwością, ale i pewną dozą ciekawości przypatrywałam się jej poczynaniom.
- Jak myślisz, co to takiego?- przerwałam zalegającą miedzy nami ciszę, jednocześnie wyrywając kotkę z głębokiego zamyślenia.
- Nie wiem- odparła.
- To pospiesz się i odgrzeb to szybciej. Wtedy się przekonamy- ponagliłam ją. Hiro posłusznie strzepała z przedmiotu resztki śniegu, ale nie podniosła go. Na części, którą widziałyśmy widniała jakieś dziwne zawijasy, rysunki i litery. Nic z tego nie rozumiałam.
- Mówi ci to wszystko coś? Bo mi zupełnie nic- odpowiedziałam. Kocica powoli pokręciła głową, zaprzeczając. Wyciągnęła łapę, aby podnieść przedmiot. Okazało się, że jest do tego doczepiona jakaś linka. Hiro, idąc jej śladem, wyjęła też spod śniegu białą kartkę w linie, chyba zapisaną ludzkimi literami. Nie dało się tego jednoznacznie określić, gdyż notka musiała sporo czasu spędzić będąc zasypaną i litery dość mocno się rozmazały.
- Wiesz co to?- zadałam kolejne pytanie. Hiro znów pokręciła przecząco głową.
- Nie wiem nawet, co tu pisze- odparła.
- Ja za to znam kogoś, kto może pomóc to odszyfrować- powiedziałam.
- Kto?
- Layla, ona umie czytać po ludzku.W takim razie przeszukajmy na szybko to miejsce, może jeszcze coś tu znajdziemy. Potem zaniesiemy to Layli i poprosimy, aby spróbowała coś z tego odczytać- odpowiedziałam.
<Hiro?>

Od Kiry CD Blood

- Spadaj- powiedział Blood, po czym niespiesznie odwrócił się i zaczął oddalać.
- Zamierzasz się bawić beze mnie?!- zawołałem za nim, on zaś tylko przyspieszył kroku. Ja jednak nie dałem się łatwo zbyć. Podbiegłem w jego stronę.
- Chodzi o mutanty?- zero reakcji z jego strony.
- Ludzie?- nadal nic.
- Hajfa i jej banda?- próbowałem dalej.
- A co cię to obchodzi?!- wybuchł rozzłoszczony Blood.
- Czyli chodzi jednak o Hajfę i przyjaciół- zaśmiałem się, zastawiając mu drogę.
- Jeszcze słowo, a tak cię załatwię, że nawet medyk nie będzie ci potrzebny. Wystarczy grabarz- powiedział poważnie i groźnie.
- Grozisz mi?
- Jeśli twój prosty umysł wymaga tego, aby wszelkie informacje podawać mu wprost to tak, grożę ci. Co mi zrobisz?- spytał, rzucając mi wyzywające spojrzenie. Zignorowałem je jednak i jak gdyby nigdy nic, kontynuowałem.
- Znam kilka miejsc, od których mógłbyś zacząć poszukiwania- powiedziałem.
- No i? Chcesz za to medal? Nic wielkiego- odparł.
- Mógłbym ci pomóc- wycedziłem przez zęby. Wcale nie chciałem tego robić, ale wolałem mieć pewność, że to ważne zadanie, które mu powierzono, zostanie wypełnione.
- Sam sobie poradzę. Nie potrzebuję pomocy jakiegoś żółtodzioba, co myśli, że pozjadał wszystkie rozumy- powiedział, usiłując mnie minąć.
- I kto to mówi.
- Coś powiedział?
- To, co słyszałeś. Swoją drogą, skoro nie masz ochoty korzystać z mojej pomocy, to gdzie zamierzasz zacząć? Musisz mieć w końcu jakiś plan. Zrobiłeś listę miejsc, w których mógłbyś szukać? Wątpię, bo skąd mógłbyś wiedzieć, gdzie ona i jej ferajna lubią przebywać. Przygotowałeś się jakoś do tej misji nie licząc broni?- zasypałem go gradem pytań. Miałem nadzieję, że może w ten sposób uda mi się zasiać w nim ziarnko niepewności.
<Blood?>

Od Heavena CD Echo

Ryk królowej był ogłuszający. Okropny stwór  spróbował dosięgnąć mnie uzbrojoną w pazury łapą. Ledwo zrobiłem unik, nie mogąc się jeszcze całkowicie otrząsnąć z wrażenia. W końcu stanąłem pewnie naprzeciw wroga. Kornor nie mógł się swobodnie poruszać, co dawało mi nad nią przewagę. Charakterystyczny dźwięk wyciągania miecza, który zabłysnął w półmroku, towarzyszył mojemu warknięciu. Cofnąłem się, cały czas mając wroga na oku. Wtedy mutant zamachnął się ogonem, rozdzierając skórę na mojej łopatce. Musiałem się bardziej skupić i uważać na ciosy. Stworzenie wydawało się być coraz bardziej nerwowe. Wykorzystałem ten stan, i nagłym ruchem wskoczyłem mu na ogon, odbijając się od jego powierzchni prosto na grzbiet. Królowa ryknęła po raz kolejny, kołysząc się na boki. Jednakże mocno wczepiłem pazury w grubą skórę gada, i zacząłem iść po niej chwiejnie w stronę złączenia podgardla z szyją. Wyglądało to jak ujeżdżanie byka na rodeo. W pewnym momencie zachwiałem się, i gwałtownym przylgnięciem do podłoża mutant zrzucił mnie za siebie. Jego łeb od razu zwrócił się w moją stronę, lecz zdążyłem się podnieść i otrzepać. Zwinnie uciekłem szczękom, i slalomem prześlizgiwałem się między uderzeniami, siekąc mieczem szare boki i nieraz głowę kornorzycy. W chwili, gdy próbowała nadążyć za mną, obracając się, szybkim zrywem przebiegłem pod jej brzuchem i wyskoczyłem z drugiej strony, celnie trafiając w oko stwora. Gad jęknął, i rozwścieczony uderzył mnie mocno w bok, kładąc mnie na ziemi. No nieźle.-pomyślałem. Na początku próbowałem dostać się na grzbiet i przebić kark, ale teraz czas zmienić taktykę. Postanowiłem oddawać ciosy głównie na brzuch i boki, w ten sposób osłabiając przeciwnika. Udawało mi się to przez długi okres walki, ale zmęczenie postępowało. Dyszałem ciężko, i z całej siły wbiłem klingę w podbrzusze, rozdzierając je. Wnętrzności wylały się na ziemię. Teraz ociężała królowa niespodziewanie dźwignęła swoje cielsko na kolumnowatych nogach, i rycząc przeraźliwie, zaszarżowała na mnie.
- Ugh...-mruknąłem, patrząc na moją szyję ociekającą krwią. Jej kropla spłynęła mi po pysku, ale to nie łza. To dodało mi dziwnym trafem energii. Resztką sił zmobilizowałem nogi do działania, i z bojowym okrzykiem popędziłem w jej stronę. Mutant był zbyt zaskoczony, by naraz atakować. Będąc tuż pod pyskiem, wybiłem się sprężystym skokiem, i wbiłem miecz w miejsce serca. Z piersi stwora wydobyło się krótkie charknięcie, i prawie przygniótł mnie swym ciężarem. Leżałem na posadzce, wpatrując się w martwy korpus gada. Niewiarygodne było pokonanie czegoś takiego w pojedynkę. No tak, inni też walczą-przypomniałem sobie. Z trudem wstałem i zacząłem iść przez plątaninę korytarzy. Wszędzie widać było martwe, przechodzące ostatnie konwulsje mutanty co znaczyło o tym, że stado było skuteczne. Niedługo potem usłyszałem bliskie odgłosy walki i krzyki. Przyspieszyłem tempo. Za rogiem ukazała mi się dramatyczna scena: wszyscy byli już na wyczerpaniu, a potwory nie dawały za wygraną, blokują wyjście. Przyłączyłem się do nich, lecz już po kilku ciosach dotarło do mnie, że nie damy rady wydostać się stąd żywi. Królestwo tych gadów było spore. Na dodatek przybywały im kolejne posiłki, a one odcinały drogę z tyłu.
- Echo! Wezwać posiłki!-wrzasnąłem nad wojenną kipielą, i zawyłem.
<Echo? U nas zabawa przedniaXD>

czwartek, 19 stycznia 2017

Od Blood'a CD Delacroix

Warknąłem głucho, wpatrując się w waderę. Ja nie mogę, upierdliwa jak stara baba-pomyślałem.
- Spadaj-syknąłem, przepychając się obok niej. Przemaszerowałem dalej, zanim zdążyła mnie dogonić. Tuż za rogiem domyśliłem się, co chciała mi pokazać. Przez ułamek sekundy przyszło mi do głowy, że może gdzieś w swoim dorastaniu zachowała resztki inteligencji i znalazła wyjście, ale już po zajrzeniu w głąb dziury w ścianie upewniłem się, że to tylko kolejna kondygnacja kopalni. Deacroix dogoniła mnie i popatrzyła na mnie z lekkim wyrzutem. Przewracając oczami, wszedłem do środka i obejrzałem sobie wnętrze. Na górze znajdował się otwór, ale nie było możliwości, by się do niego dostać. Powierzchnie były zbyt gładkie. Przynajmniej mamy tu światło.-pocieszyłem się. I tu wyjście było całkowicie zablokowane potężnymi kamiennymi głazami, więc nie było sensu się przez nie przekopywać. Mimo to już wysunąłem łapę, by ich dotknąć, kiedy...
- Nie!-krzyknęła wilczyca, i pchnęła mnie, przewracając. Po lekkim szoku podniosłem się, o mało nie tracąc równowagi.
- Do końca ci odbiło, d*bilko!?-wrzasnąłem w jej stronę, jeżąc sierść bardziej niż zwykle.
- To tobie odbija! Ja chcę tylko ci coś pokazać, a ty wariujesz! Ja też mam dość!-kilka chwil mierzyliśmy się wzrokiem, dysząc z wściekłości.
- To lepiej mrzyj.-mruknąłem.-Z wielką chęcią dokonam twojego żywota.-z grobową miną zabrałem się do oględzin narzędzi porozrzucanych w kątach. Z pewnością ułatwiłyby mi pracę. Kątem oka obejrzałem też szkielet człowieka, ale nie zrobił na mnie większego wrażenia. Zabrałem kilof i linę, po czym wróciłem do naszego zasypanego wyjścia, częściowo już obdrapanego. Gdzieś tam miałem świadomość, że kręci się gdzieś ta wadera, ale po prostu wetknąłem kilof i użyłem całej swojej siły, by podsadzić kamień. Pomagając sobie łapami, postawiłem kolejny mały krok w kierunku wyjścia.
~Wieczorem, o czym nie zdajemy sobie sprawy~
Nie czułem mięśni, myśli, nóg. Ale instynktownie kopałem dalej, dalej, drążąc skały. Oddychałem ciężko, próbując ignorować ból cielesny. I psychiczny. Nie wiedziałem nawet, czemu boli mnie to wewnątrz, ale mniejsza o to. Przy którymś razie nagle otoczył mnie potężny huk, lawina odłamków odepchnęła mnie w tył.
- Bloo...!-usłyszałem urywany krzyk. Gdy pył opadł, wpierw zauważyłem odblokowane wejście. Wpierw chciałem to świętować, ale intensywny, pulsujący ból grzbietu świadczył o tym, że zostałem przygnieciony czymś ciężkim, a w tym momencie ponad moje siły. Uniosłem głowę, by móc spojrzeć na pysk Delacroix. Zobaczyłem na nim zmartwienie.
- Powinnaś uciekać-wydyszałem. Zatkało mnie. Kto normalny nie uciekłby od psychopaty? A jej akurat nadarza się okazja. Jak można tak marnować swoje życie.-pomyślałem. Nie przeszkadzał mi mój stan, charakter.
- Trzeba cię stąd wyciągnąć.
- Spadaj-powtórzyłem jeszcze raz tego dnia.
- Żartujesz sobie. Ja cię tu nie zostawię-rzekła stanowczo wilczyca. Teraz we mnie zawrzało. Nie mam ochoty za nikogo odpowiadać. Przynajmniej ona ucieknie, będę mieć czyste sumienie w piekle. Z chwilą, gdy to wykrzyczałem z siebie, ból duszy jakby ustał:
- Wypi*rdalaj stąd w tym momencie! Do ch*lery jasnej, masz mi tu nie umierać!!! Nawet w grobie mi spokoju nie dadzą!!!
<Delacroix? AjXD>

Od Hiro CD Claris

Szczera odpowiedź skutecznie mnie uciszyła, co zapewne było celem wilczycy. Nie miałam jej tego za złe. Sama bardzo często znajduję się po drugiej stronie barykady w takich sytuacjach. Mogłam więc doświadczyć na własnej skórze, jak czują się osoby, z którymi rozmawiam, czy raczej właśnie nie. Aż do naszego pierwszego punktu podróży nie odezwałam się ani słowem. Moja podświadomość miała nadzieję, że milczenie wywoła u wilczycy poczucie winy, jednak gdy myśl ta dotarła do świadomości automatycznie odrzuciłam ją zaznaczając jako jedno z tych haniebnych i niehonorowych. Nagle moje rozważania przerwało oszołomienie wywołane cudownym widokiem, jaki wyłonił mi się spośród leśnego gąszczu. Wysokie na paręnaście metrów poszarzałe przez czas i kontrastujący śnieg ściany, w niektórych miejscach przytulone w trwającym od zapewne kilkuset lat uścisku, a w innych brutalnie rozerwane, aby nigdy się nie połączyć tworzyły cień pradawnej, bez wątpienia ludzkiej, budowli. Wędrując z dwunożnymi nie raz widywałam podobne do tego budynki, lecz nigdy nie wywołały one na mnie aż takiego wrażenia. Z szacunkiem godnym tej oszałamiającej budowli wkroczyłam w ruiny. Sklepienia praktycznie nie było, jedynie miejscami zachował się niewielki fragment dachu. Ostre, zimowe światło słoneczne bezczelnie przedzierało się przez pozbawione wszelkiego szkła, wysokie okna i tworzyło ogromne cienie wewnątrz „budynku”. Mój zachwyt zapewne trwał zbyt długo, gdyż Claris bez wątpienia znudzona moim natchnionym zwiedzaniem tego zapierającego dech w piersiach miejsca i przypomniała o swojej obecności głośnym chrząknięciem.
- No już się tak nie zachwycaj – powiedziała z malującym się na jej pysku zblazowaniem – nie mam zamiaru marnować całego dnia na gapienie się w ściany.
Bez słowa zawróciłam w kierunku wadery i z nieco spuszczonym łbem ruszyłam w jej kierunku. Moje prawe oko zostało jednak na ułamek sekundy oślepione jasnym błyskiem. Obróciłam więc głowę, aby znaleźć źródło tego ostrego światła. Przez chwilę nie mogłam dostrzec nic oprócz śniegu, jednak w pewnym momencie dostrzegłam odbijający wesoło słoneczne promienie srebrny przedmiot częściowo przykryty białym puchem. Wbrew wyraźnemu niezadowoleniu wilczycy podeszłam bliżej, aby móc się mu przyjrzeć…
<Claris? Wreszcie znalazłam odrobinę wolnego czasu…>

Od Samaela CD Heaven

Kiwnąłem spokojnie głową z trudem ukrywając rozrywające mnie od środka szczęście. Nareszcie! Kolejna misja! 
- Wspaniale – powiedział alfa obracając się przy tym do pozostałych członków stada. – Echo, Claris, Reyna i Ember. Wy również pójdziecie.
Wszyscy na różne sposoby wyrazili swoją aprobatę, czy raczej dali sygnał, że zrozumieli. Heaven nie marnując cennego czasu na długie monologi mające na celu podnieść nasze morale wolnym „galopem” wybiegł z jaskini i zaszył się w gęstym lesie. My oczywiście za nim. Niestety tempo, które obrał samiec kompletnie mi nie odpowiadało. Było zbyt szybkie na kłus, lecz galopem po paru krokach znalazłbym się na czele formacji. Przeważnie więc kłusowałem, co chwilę doganiając pozostałych paroma fulami trzytaktowego chodu. Nie powiedziałem jednak ani słowa, gdyż nie chciałem robić problemu. Po pewnym czasie poczułem, że z każdym przebytym metrem grupa zwalnia. Pozostali również dostrzegli to jednostajnie zmniejszające się tempo, gdyż nieco nerwowo spoglądali na siebie zadając sobie nieme pytania i rzucając ciekawe, lub zaniepokojone spojrzenia na prowadzącego nas wilka. Po chwili nasz niepokój wzrósł trzykrotnie, gdy dotarł do nas dźwięk dyszącego ze zmęczenia Heavena. W końcu, ktoś z formacji postanowił zareagować.
- Czy możemy się na chwilę zatrzymać?
Minęła (moim zdaniem zbyt) długa chwila zanim usłyszeliśmy zezwolenie od Alfy. Wszyscy zatrzymali się i pełni złych przeczuć patrzyli z wyczekiwaniem na wilka. Ten w końcu obrócił się do nas ukazując swój powykrzywiany zmęczeniem, albo raczej bólem pysk.
- Heaven! Co ci się stało?! – usłyszałem głos Echo.
- Natychmiast wracamy – zadecydowała Reyna.
- Nie! – zaprzeczył słabo wilk.
- Heaven… twoja łapa… - Claris wskazała na lewą przednią kończynę samca.
Ta wyglądała na oblepioną czarną, oleistą mazią, lecz co gorsza wydawało mi się, że puchnie w oczach. Jej właściciel z przerażeniem przyglądał się temu okropnemu zjawisku. Wszyscy w pełnym napięcia milczeniu czekali, jaką decyzję podejmie Alfa…

<Heaven? Trochę strasznie się zrobiło….>

Od Heavena CD Echo

Zadowolony kiwnąłem głową i mruknąłem do siebie pocieszająco:
- Przy odrobinie szczęścia wszystko pójdzie dobrze.-Poszedłem do swojej jaskini, by odpocząć i wylizać niewielkie rany po walce.
~Przeddzień walki~
- I jak?-spytałem czarnego basiora. Mój brat majstrował coś, warcząc na mnie głucho. Chrząknąłem głośniej, więc odpowiedział w końcu jadowitym tonem:
- Broń, a niby na co ci to wygląda? Kazałeś ulepszać-powrócił do zajęcia. Nie było sensu kontynuować tej jałowej dyskusji. Przejrzałem jeszcze wiele różnych wojskowych przedmiotów dostępnych dla zwykłych członków, ale wszystko było w porządku. Powróciłem do jaskini. To już jutro.-pomyślałem. Nie bałem się wojny. Bałem się o innych.
~W dniu walki~
Wstałem bardzo wcześnie i zjadłem swój posiłek składający się z jeleniego udźca przed wszystkimi, chcąc zapewnić sobie wystarczająco dużo czasu. Nie próżnowałem, i podczas gdy rozlegały się pierwsze ziewania i szurania łapami, odwiedziłem Blood'a. O dziwo dawno się zerwał o świcie. Odebrałem swój miecz, ponabijany drobnymi kolcami i zdecydowanie bardziej poręczny, zaostrzony na czubku, by mógł przebijać twardą, grubą skórę, a przy tym nie stracił nic na swej lekkości. Pochwaliłem brata, ale jak to on, odwdzięczył się mruknięciem. Włożyłem broń do pochwy i zajrzałam do jaskini jadalnej. Wszyscy zajęci byli pałaszowaniem jedzenia. Spytałem Echo, czy wszystko dobrze, a gdy się tego upewniłem, usiadłem z innymi, rozmawiając z moim dziadkiem, Archerem. W nim też buzowała adrenalina.
- Halo!-krzyknąłem, by zwrócić na siebie uwagę po skończonym śniadaniu.-Dziś rozprawimy się z tym problemem. Echo, Reyna, Delacroix, Alien i Reyn zostają tutaj jako rezerwowi. Reszta niech wybierze swój rynsztunek i czeka na mnie przy wejściu.-sam pobiegłem do pomieszczenia, w którym składowano zbroje. Za broń miałem swój miecz, a z półki wybrałem najpierw nagolenniki na przód łap. Zacisnąłem od nich paski. Stwierdziłem, że świetnie się nadadzą. Następnie założyłem pewien hełm, ale już po jednej próbie zdecydowałem, że stanę do walki z odsłoniętą głową. Wziąłem ostatnią część zbroi, która chroniła mój kark, i wyszedłem do swojej armii. Większość dobrze uzbrojona, z niecierpliwością czekała na rozkazy.
- Ruszamy. Podejdziemy ich po cichu i przetrzebimy co do jednego.
- Ta jes!-wojownicy wznieśli okrzyk i zwarty szyk ruszył na zachód, ubijając zmarznięty śnieg. Dookoła panowała normalna cisza szarego poranka. Śnieg chrzęścił miło, potęgując niepokój i niecierpliwość. Poruszaliśmy się prawie bezszelestnie kosztem prędkości marszu. Koniec końców dotarliśmy do celu, ukrywając się za ścianą skalną i półkami skalnymi. Z pieczary dochodziło głośne sapanie, co wskazywało na to, że mutanty jeszcze smacznie chrapią. Sprawnie prześlizgnęliśmy się pod wejście do ich bazy. Kiwnąłem głową na znak, by to sprawdzić. Kiedy całym oddziałem znaleźliśmy się w środku, z jednym wielkim ,,O" wpatrywaliśmy się w ściany pokryte czymś, co przypominało zielone, okrągłe plastry miodu. W środku umieszczone były przeróżne zwierzęta, zamrożone w swej egzystencji. Jak gniazdo os. Przełknąłem ślinę, i wydałem szeptem rozkazy, dzieląc nas na grupy mające spenetrować i obezwładnić wszystkie mutanty, a przy okazji uniemożliwić wyjście. Noga lekko mi zadrżała. Pierwsze ostrze przebiło serce jednego z przeciwników.
- Ruchy!!!-wrzasnąłem do mojej grupy, i pobiegliśmy jak na skrzydłach, zostawiając za sobą resztę walczącą w korytarzu. Zaczęło się pojawiać coraz więcej rozgałęzień, i każdy odchodził w jedno z nich. Ostatecznie po długim biegu wśród niekończących się tuneli zatrzymaliśmy się przed grupą kornorów-ja i mój dziadek. Było jeszcze jedno odbicie w lewo.
- Idź-szepnąłem do niego, gdy stwory zaczęły się podnosić.
- Ale...
- Nie dyskutuj!-przeciwnicy rozbudzili się na dobre, lecz basior pobiegł już tępić resztę.
- No, robaczki-mruknąłem do nich i jednym cięciem rozprawiłem się z łbem mniejszego kornora. Horda rzuciła się na mnie. Tu wykorzystałem swój nowy trik, młócąc mieczem powietrze naokoło i zadając w ten sposób poważne rany. Jednak przy ostatnim ciosie jęknąłem z bólu, bo mój nadwyrężony bark nie wytrzymał. Przede mną leżały drgające trupy. Z bijącym sercem spojrzałem na ogromny otwór prowadzący do obszernej komnaty.
- No to wio-powiedziałem dla dodania sobie otuchy, i przekroczyłem próg. Zdębiałem, a oczy stanęły mi w słup, wywracając świat do góry nogami.
Pośrodku ogromnej jaskini leżała olbrzymia, ociężała, nieruchoma samica Kornora. W porównaniu ze swoimi rówieśnikami była gigantem. Na szyi mutanta ciągnął się długi, sztywny pas sierści, na całej powierzchni buro-granatowego ciała rozsiane były fałdy, jaszczurzy ogon zamiatał podłoże, a u łap miał potężne pazury. Na pysku wypełnionym nieco stępionymi, lecz nadal groźnymi zębami widniał róg. Nagle białe oko skierowało się w moją stronę, a z gardła stworzenia wydobył się ryk. Królowa.
<CDN>