Wolnym krokiem przechadzałam się po terenach stada. Nie było nic do roboty, nie miałam żadnego zadania szpiegowania jakiegoś stada czy coś w tym stylu ale i tak było na to ZA gorąco ! Śniło mi się coś porąbanego... Tak tej nocy wreszcie się wyspałam bez koszmarów ! Cud co nie ? Dobra do snu... W stadzie wybuchł pożar i wszyscy próbowali go na różne sposoby zgasić. Też pomagałam przy gaszeniu aż do mych uszu przybył straszliwe krzyki jednego z członków stada. Najchętniej zostałabym i dalej pomagała przy gaszeniu ale mój instynkt zdecydował za mnie. Ruszyłam w stronę skąd dobywały się krzyki. Szybko znalazłam się przy Świętych Ruinach które też się paliły a na najwyższym z pieter ruin stał mały lis i z przerażeniem w głosie błagał o pomoc. Zaczęłam skakać po ruinach unikając ognia i próbując się do niego dostać. Gdy mi się udało uciekliśmy z ruin i na tym się sen skończył. Zatrzymałam się drapiąc się po uchu, nagle z niedalekiej odległości dobiegł się pisk szczeniaka. Jak śnie ruszyłam jak rakieta w stronę pisków. Dobiegłam tak do Świętych Ruin i od razu się schowałam za najbliższym murem. Wychyliłam lekko łeb żeby zobaczyć co się dzieje. Mała ruda kulka sierści uciekała z każdego poziomu ruin a za nią były posyłane strzały z strzelb lub karabinów. Obnażyłam kły a pazury same z siebie wyszły z łap. Wyskoczyłam za murka i skoczyłam na najbliższego z ludzi wgryzając mu się w kark. Podbiegłam do następnego kiedy pierwszy martwy upadł z hukiem łamanych kości na glebę. Końcówka mojego ogona ruszała się jak grzechotka wk*rwionego grzechotnika. Złapałam nogę mężczyzny ogonem ruszyłam się tak że ten stracił równowagę i upadł na plecy z syknięciem. Stanęłam na jego brzuchu i ryknęłam prosto w jego twarz a ten odpowiedział mi piskiem jak u myszy. Wbiłam kły w jego czaszkę. Nagle poczułam jak coś przeleciało prosto nad moim grzbietem robiąc krwawiącą szramę. Oderwałam się i ryknęłam w stronę młodego nastolatka który do mnie strzelił, miałam już na niego skoczyć i skończyć jego męki na tym świecie lecz za nim pojawiło się więcej ludzi. " Nie mam szans..." przez moją głowę zaczęły się mnożyć pytania na które nie można było na chop siup odpowiedzieć. Skoczyłam na najbliższy kawał marmuru który wykorzystałam jak schodek by dostać się do następnego i następnego. Mały lis już nie miał gdzie uciec gdyś dostał się na samą górę ruin a ja byłam prawie przy nim gdy przed moim nosem jedna z kul przeleciała prawie mnie trafiając. Warknęłam cicho szybko podbiegając do malucha. Po budowie domyśliłam się że to samiec. Złapałam go delikatnie ale mocno za skórę na karku i zeskoczyłam z najwyższego poziomu ruin na następny i tak dalej aż znaleźliśmy się na ziemi, oczywiście unikając strzałów. Jak na ludzi to oni na prawdę nie umieli strzelać. Nie odwracając się ruszyłam przed siebie do wyjścia z doliny, czemu tak zrobiłam ? Są dwie odpowiedzi :
A) Bo nie chciałam zaprowadzić ich do innych lub B) Nie dałabym rady zabić ich wszystkich.
~*~
Wybiegłam razem z szczeniakiem przez wyjście z doliny. Przebiegałam obok bagien zamawiając śmierć dla kilku z mężczyzn. Zdecydowałam że zatrzymamy się w City End... A jakby chodzi o liska to przez jakiś czas wiercił się i próbował się wyrwać ale po jakimś czasie zrozumiał że nie ma szans to się uspokoił i dał się nieść. Gdy zaczęliśmy się bardziej oddalać od terenów stada i zbliżaliśmy się do miasta, strzały i krzyki wściekłych ludzi ucichły gdy weszliśmy do miasta. Schowałam się w najbliższym z sklepów w najciemniejszym z kątów. " Dobra... Teraz trzeba coś wymyślić na wytłumaczenie tego.."
- Emm... Wszystko ok?- Zapytałam nie pewnie spoglądając na rudego samca.
< Rocky ? XD>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz