Obudziłam się trochę niewyspana, a kiedy zobaczyłam swoje odbicie, ujrzałam zmechaconą sierść i zaschnięty piasek. Wczorajsza kąpiel pozostawiła po sobie ślady. Ziewnęłam przeciągle, wyjrzałam na pusty korytarz, i mruknęłam do siebie: Jeszcze wcześnie. Położyłam się ponownie i zasnęłam jak zabita. Wstałam już w dobrym humorze, za to znacznie później niż chciałam. Szybko zjadłam małe śniadanie złożone z resztek łosi upolowanych półtorej tygodnia wcześniej i w biegu potrąciłam parę osób, ale nie zwracałam na to zbytniej uwagi, pędząc do jeziora. Dzień okazał się parny i gorący, więc po kilku minutach byłam zgrzana, i wyglądałam trochę dziwnie ze sterczącymi na boki kłakami i potem spływającym ze mnie litrami. Wokół mnie milcząca cisza (a jak cisza może milczeć?!), a ponadto: Żar rozgrzanego powietrza. Żar rozpalonej ziemi. Żar. Żar. Żar. Dowlekłam się jakoś do jeziora i nie patrząc wskoczyłam do wody. Uderzyła mnie chłodna fala i przez chwilę czułam się dziwnie, ale po chwili pływałam z lubością po błękitnej nicości, a piasek, kurz i pot natychmiast ze mnie ,,spłynął". Mogłabym tam zostać, ale zabrakło mi powietrza i wypłynęłam na powierzchnię...na środku jeziora. Tak się zdziwiłam, że moja głowa poszła pod wodę ponownie, lecz zaraz zabrałam się do wiosłowania w stronę brzegu. Przeraziłam się jednak, bo przybliżał się bardzo wolno, a ja już opadałam z sił. Wtedy zauważyła mnie Sophie rozmawiająca z Luną. Wskoczyłam do wody i odholowała mnie do brzegu.
- Dzięki-powiedziałam, otrzepując się.
- Co ty tam robiłaś?-spytała Luna, wyraźnie zaciekawiona.
- Trochę przesadziłam z odległością-odparłam zmieszana.
<Luna? Sophie?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz