Miałam dziwny sen. Naprawdę dziwny i pokręcony, tylko że zapomniałam dokładnie jaki. Było tam coś o wielkim namiocie i wszędzie słyszałam śmiechy...Kiedy próbowałam wstać zakręciło mi się w głowie, odczekałam chwilę i powoli wróciłam do rzeczywistości. Ziewnęłam przeciągle, tupnęłam łapami dla dodania sobie otuchy i ruszyłam baaardzo pooowoli do wyjścia. Zatrzymałam się i wyjrzałam na zewnątrz; dzień jeszcze nie wstał i na dworze panował półmrok zmieszany z szarością. Resztki porannej mgły odpełzały w swoją stronę. Westchnęłam i z zamierzeniem zaczerpnięcia świeżego powietrza ruszyłam przez korytarz. Wtedy obok mnie przemknęła jakaś biało-czarna plama i zatrzymała się na końcu korytarza. Obejrzałam się i zobaczyłam...
- E-evelyn?-powiedziałam zaspana-Co ty tu robisz?
- Muszę...ci...coś powiedzieć-wydyszała.
- Co tu jest grane?-ożywiłam się trochę i patrzyłam na tygrysicę podejrzliwie.
<Evelyn?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz